...więc można sobie pozwolić na małe podsumowanie sukcesów i
porażek. Niewątpliwie największym sukcesem serisu atarionline.pl
jest to, że w ogóle powstał. Poród był jednak długi i bolesny.
Wszystko zaczęło się w 1997 roku, gdy naszła mnie myśl, zamieniona
później w czyn, by zgromadzić jak najwięcej gier na małe Atari. Nie
z prymitywnej chęci posiadania jak najwięcej, ale dlatego, że nasz
komputerek zaczął definitywnie odchodzić w przeszłość i miałem
obawy, czy taśmy i dyskietki do niego przetrwają dłużej niż kilka
lat. Pliki gier zaczęłem gromadzić na twardym dysku mojego Atari
4160 STE i tak to się zaczęło... Potem złapałem kolekcjonerskiego
bakcyla - chciałem zdobyć WSZYSTKIE gry, jakie powstały na Atari.
Przyjemne hobby zamieniło się w żmudną, mrówczą robotę
przeczesywania internetu w poszukiwaniu kolejnego, jeszcze przeze
mnie nie posiadanego programu. ślęczenie nad milionami stron,
porównywanie dziesiątek tysięcy plików, tysiące godzin uruchamiania
gier, setki nie przespanych nocy...
W końcu zdecydowałem, że podzielę się swoją wielomiesięczną pracą
(bo już nie można tego było nazwać przyjemnym hobby) z wszystkimi
miłośnikami Atarynki. Tak narodziła się ta strona, a w jej
powstaniu oprócz mnie, osoby znanej pod ksywą
Kaz, maczało
palce kilka osób. Zacząć należy od mojego przyjaciela
Zygi,
zdolnego programisty, który napisał kod html do strony oraz
stworzył bazę danych i zainstalował system nowinek, a także
wspierał licznymi pomysłami. Drugi w kolejności jest
Toras,
znany swego czasu Atarowiec, a obecnie świetny twórca stron www,
który pomógł mi przekuć moją graficzną wizję strony na gotowy do
wykorzystania szablon. Podziękowania należą się również
Tux-owi, takoż bardzo staremu Atarowcowi, obecnie wybitnemu
administratorowi sieci, który udostępnił łatwą do zapamiętania
domenę atarionline.pl wraz z miejscem na serwerze. Dopomógł też
Delay, znany wszystkim z prowadzenia Atari Area, który
uruchomił mirror dla plików katalogu. Wszystkim im chcę publicznie
podziękować za to, że spełniło się jedno z moich marzeń, to o
powstaniu tej strony.
W tym miejscu czas na małą autoreklamę. Kilka osób poprosiło o
ujawnienie się twórców strony, więc zgodnie z tą sugestią
postanowiliśmy z Zygą wyjść z cienia skromności i przejść w
promieniste światło sławy. Oto poniżej nasze facjaty zarejestrowane
przez kamery gwiezdnej policji, gdzieś na skraju galaktyki.
Ujawniło się to, co było dotychczas skrzętnie skrywane przez rządy
wielu krajów - nie pochodzimy z tej planety! Zresztą, który
Atarowiec pochodzi?


Kolejną rzeczą, którą poczytuję sobie za sukces, jest oddzew ludzi,
piszących do mnie maile. Liczba korespondencji przekroczyła moje
najśmielsze oczekiwania, a w szczególności to, że w większości nie
pochodzi ona od scenowców czy też innych "aktywistów", po wsze
czasy oddanych bożkowi Atari, ale od "zwykłych" ludzi, którzy
8-bitowe komputerki ostatni raz widzieli wiele, wiele lat temu. To
zaskoczenie. I treść maili - ludzie opisują swoje przeżycia, kiedy
po tylu latach odkrywają swoją przeszłość, wyzwalają się w nich
emocje i wspomnienia. Przestaję się jednak dziwić. Bo cóż to
właściwie jest to Atari? Jedna z technologicznych legend XX wieku.
Niesamowita opowieść z pionierskich czasów przemysłu komputerowego.
Zagmartwana historia świata rozrywki i komputerów, blasków i cieni
biznesu, rozwoju i upadku przemysłowych imperium. A obecnie jest
wciąż pisaną historia oddanych fanatyków firmy i nigdy nie
wychodząca z mody nostalgia za "dawnym, dobrymi czasami". Tak
naprawdę to pogoń za naszym dzieciństwem i młodością, ale cicho
sza...
Dla jednych Atari to potężna w latach 80-tych amerykańska firma,
dla innych przede wszystkim jej komputery domowe produkowane w
milionach sztuk od końca lat 70-tych do połowy lat 90-tych, dla
jeszcze innych to symbol rodzącego się rynku konsol i gier wideo.
Ale to także atmosfera kształtująca się wokół firmy i użytkowników
jej sprzętu. Niezliczona może być liczba anegdot i opowiastek o
bojach toczonych z konkurencyjną firmą Commodore, o druzgocących
upadkach i radosnych wzlotach przedsiębiorstwa Atari, o
ustanawianiu przez nie nowych standardów na rynku komputerów i
rozczarowujących porażkach marketingowych, o fantastycznych
konstruktorach sprzętu, o genialnych programistach, o nastoletnich
fanatykach, wreszcie o osobistych przeżyciach każdego, kto zetknął
się z magicznym znaczkiem w kształcie góry Fudżi. Każdy, kto brał w
tym udział, może opowiedzieć swoją historię. To jest właśnie
prawdziwe Atari - nie firma, nie komputer, nie bezduszna maszyna,
ale wspomnienia dzieciństwa, przebłysk z początków komputerowej
ery, gdy te tajemnicze, szare pudełka wkroczyły do naszych domów i
stały się ich częścią... I to właśnie robią Ci, którzy do mnie
piszą - odkrywają swoją część tej fascynującej historii. Bardzo im
za to dziękuje.
Ostatnim, ale nie najmniej ważnym sukcesem jest to, że dzięki tej
stronie nawiązałem wiele kontaktów z prawdziwymi Atarowcami,
niezrażonymi tym, że nasz komputerek przestał istnieć na rynku
kilkadziesiąt lat temu, wciąż piszących oprogramowanie, tworzących
grafikę i muzykę, mnożących nowe strony w internecie, grających w
hity sprzed wielu lat. To jest prawdziwy fanatyzm i oddanie
sprawie! Nie mogę nie podziękować im z tego miejsca, a powodów do
tego jest wiele - niektórzy oferowali pomoc w zdobywaniu materiałów
do strony, inni podsyłali informacje o grach i dzielili się ze mną
swoimi przemyśleniami na temat Atari. Przyznaję się bez bicia, że
nie zawsze miałem czas, by prowadzić tak ożywioną korespondencję,
na jaką zasługują, ale mam nadzieję, że nawiązane nici szybko się
nie zerwą. W końcu nigdzie nam się nie spieszy, bo przecież Atari
było, jest i będzie!
O porażkach mówi się mniej przyjemnie, więc postaram się
streszczać. Niewątpliwie w 2004 roku zawiodła moja solidność w
odpisywaniu na maile. Notoryczny brak czasu spowodował, że do dziś
nie odpisałem kilkunastu osobom, choć niewątpliwie powinienem to
uczynić. Z imienia i nazwiska chciałbym tu wspomnieć o Jacku
Boguckim, atarowskim koordynatorze projektu TOSEC, którego
korespondencja była dla mnie okazją do wielu przemyśleń. Szacunek
do wszystkich tych osób nakazuje mi przeprosić je tu publicznie i
obiecać poprawę w przyszłości. Zapewniam, że wszystkie listy, które
nie doczekały się odpowiedzi, były przeze mnie uważnie przeczytane
i "są w pamięci" do odpisania.
Równie wielką tragedią jest dla mnie niemożność wykonywania
update'ów tak często jakbym chciał. Smutne jest to, że setki
megabajtów nowych materiałów leżą u mnie na dysku, a nie mam ich
jak wrzucić na stronę. Brak przyzwoitego dostępu do sieci skutkuje
tym, co widać - przedostatnia nowinka pojawiła się trzy miesiące
temu, a ostatnia aktualizacja katalogu ponad pięć mięcy temu! To
skandal i zbrodnia, ale taka jest ponura sieciowa rzeczywistość
mojej strony. Nie pomaga na pewno to, że opiekun techniczny czyli
Zyga, który aktualizuje katalog oraz modyfikuje stronę według moich
wytycznych, zawalony sprawami zawodowymi, od kilku miesięcy
praktycznie nie miał czasu nawet na nią spojrzeć. To dodatkowo
wprowadza opóźnienia. Ale jak powiada staropolskie powiedzenie, co
się odwlecze to nie uciecze. Z braku dobrego łącza, zadziałałem
"offline'owo", wysyłając Zydze do Polski CD z aktualizacją
katalogu. Przy sprzyjającym wietrze już wkrótce update ten ujrzy
światło dzienne. I tego w roku 2005 życzę sobie i wszystkim na
aktualizację oczekującym.
Szczęśliwego Nowego Roku i oby był on lepszy od poprzedniego, a
gorszy od następnego...