Pewnego pięknego popołudnia, czytając
nowinkę, która w większości opracował Arek, i przygotowując się
do kontynuacji rozpoczętych tam wątków, pomyślałem, że warto by się
rozejrzeć za autorem gry
Profesional Killers, żeby osobiście
mógł wyjaśnić pewne intrygujące szczegóły towarzyszące grze. Jak
pomyślałem, tak zrobiłem. Zapytanie w Googlu dało oczywiście wiele
odpowiedzi, ale tylko jedna mogła być prawidłowa. Korzystając z
detektywistycznej żyłki, która czasem bierze górę w mej naturze,
wytypowałem jednego osobnika, który nie tylko miał nazwisko
identyczne z autorem gry, ale i inne okoliczności wskazywały, że
jest to poszukiwana przeze mnie osoba. Wysłałem maila i... bingo!
Poczułem się dumny, że pierwsze podejście zakończyło się kompletnym
sukcesem. Autor mógł dawno zmienić zainteresowania czy przenieść
się za granicę. W końcu od napisania gry minęło dokładnie 16 lat...
Okazało się jednak, że
Radosław „Karol” Karolak jest wciąż w
Polsce, wciąż ma sentyment do Atari i co najważniejsze, dał się
namówić na wspominki. A oto jak przebiegała nasza pogawędka:
Współczesny Radosław Karolak
Krzysztof Ziembik: Byłbym wdzięczny, gdyby udało mi się
namówić Cię na wywiad. Okazja ku temu znakomita, ponieważ ostatnio
opisywaliśmy odbezpieczanie Twojej gry "Professional Killers", a
wkrótce pojawi się też druga część artykułu, tym razem o dwóch
autorach, którzy naśladowali Twój program i napisali na początku
lat dziewięćdziesiątych dwie różne gry o tym samym tytule, z czego
wybuchła afera, upubliczniona w „Tajemnicach Atari” tutaj i
tutaj. No
właśnie, czy wiedziałeś, że miałeś naśladowców i że doszło między
nimi do oskarżen o plagiat?
Radosław Karolak: No proszę, a ja w nieświadomości żyłem
sobie spokojnie tyle lat :) Pierwsze słyszę o sprawie, ale myślę,
że temat i nazwa mojej gry była na tyle "popularna" w literaturze i
filmach, że ciężko by było komukolwiek rościć sobie do niej
wyłączne prawa.
KZ: A co Ciebie konkretnie zainspirowało do napisania
takiej gry?
RK: To miał być generalnie żart. Czytając swoje teksty z tej
gry, po tylu latach, czuję spore zażenowanie. Są strasznie...
pretensjonalne :) Ale wracając do meritum... Wtedy wiele osób
robiło dema ośmieszające użytkowników konkurencyjnych maszyn.
Chciałem zrobić coś podobnego, zażartować z kolegi i jeszcze dać
ludziom szansę postrzelania do pierwszego prezydenta III RP (czy
ktoś jeszcze pamięta tamte hasła: "precz z Wojciechem, naród z
Lechem?"). Pomysł, żeby do tego wykorzystać płatnych morderców,
przyszedł mi do głowy chyba podczas oglądania filmu T.A.G. ("The
Assasin Game"). Akcja tego filmu toczyła się na terenie kampusu
amerykańskiej uczelni. Studenci zorganizowali sobie grę, polegającą
na tym, że wylosowany gracz był jednocześnie ofiarą i zabójcą.
Należało przygotować zamach na ofiarę, jednocześnie nie dając się
zabić temu, który miał kontrakt na nas. Używali do tego pistoletów
na strzałki z przyssawkami, ale w pewnym momencie jeden z
uczestników gry, który... hmm... nie potrafił przegrywać,
przestawił się z broni-zabawki na broń palną.
KZ: Pierwszą ofiarą w Twoje grze jest Michał Gierlik.
Zawsze miałem wrażenie, że to jakiś Twój nielubiany profesor albo
inna persona mającą odpowiednik w rzeczywistości. Kim jest Michał
Gierlik?
RK: Michał, z którego chciałem zażartować, to mój kolega z
LO i niesamowity oryginał. Ale w pewnym sensie trafiłeś w
dziesiątkę. Michał jakiś czas temu obronił doktorat z fizyki i od
paru lat pracuje na Uniwersytecie Warszawskim :) Michał był zresztą
źródłem wielu anegdot w całym naszym środowisku. Pamiętam, jak
wybuchła pierwsza wojna w Iraku. Atak lotniczy zaczął się późno w
nocy naszego czasu, więc w szkole wszyscy o tym rozmawiali rano,
tuż przed matematyką. Matematyczkę mieliśmy jednak dość ostrą, więc
w czasie lekcji panowała kompletna cisza. Jakieś 20-30 minunt po
dzwonku nagle otwierają się drzwi, staje w nich Michał i bez
żadnego słowa usprawiedliwienia za spóźnienie, albo choć zwykłego
"dzień dobry" wyrzuca ręce w górę i krzyczy "Ha! Dopierdoliliśmy
im!" (chodziło o to, że samoloty amerykańskie zdmuchnęły irackie
MiG-i w pierwszej godzinie wojny). Po czym grzecznie siada na swoim
miejscu i bez słowa wyjmuje książki i zeszyty :)
Moja mama też miała okazję poznać Michała i też jest to anegdota.
Wtedy, gdy pisałem „PK”, moja matka była pielegniarką i często
pracowała w systemie 12/24 (12 godzin w szpitalu, 24 godziny
odpoczynku), więc wracała do domu o różnych porach. Najczęściej w
ogóle nie zaglądała do mnie do pokoju, bo wiedziała, co tam
zastanie. Jednego faceta przy kompie i trzech innych rozmawiajacych
na przykład o tym, czy da się usłyszeć w próżni "świst laserowych
dział" (rozgrywka w "hot seat mode"), masę pustych butelek po piwie
i kłęby papierosowego dymu. Kiedyś wróciła do domu około północy i
szybko położyła się spać. Obudziły ją jakieś dziwne odgłosy z
kuchni. Zerknęła na zegarek: trzecia w nocy. Wstała więc, bo
myślała, że może syn wreszcie wyrzucił kolegów i postanowił coś
zjeść. Wchodzi do kuchni i w słabym świetle otwartej lodówki widzi
faceta do połowy w niej schowanego (jakby chciał wejść do środka).
Spodziewała się mnie, więc zaskoczona stoi bez ruchu (w nocnej
koszuli), a nieznajomy facet "wychodzi z lodówki", odwraca się,
widzi ją i zupełnie poważnie mówi: "Dzień dobry. Jest szynka?" :) W
takich okolicznościach właśnie, moja mama poznała Michała.
.png)
KZ: W pewnym momencie pojawiłeś się na giełdzie „Bajtka”,
o czym dowiadujemy się właśnie z gry „PK”. Miałeś własne stoisko
czy pracowałeś dla kogoś?
RK: Jak trafilem do LO to miałem dość ciężką sytuację
materialną w domu (rozwód rodziców, a potem choroba matki). Kolega
z LO, znany Ci z „Professional Killers” Michał, jeździł na giełdę
ze swoim C64 i pomógł mi tam "zacząć". Michał jest wzrostu pana
Wołodyjowskiego, ale od wczesnego dzieciństwa trenował judo i był
niezastąpiony w zdobywaniu "dobrego stolika" (wtedy na giełdzie nie
było rezerwacji).
KZ: To były gorące czasy przemian społecznych, także w
świecie komputerowym. Czy pamiętasz jakieś ciekawe historyjki z
tamtego giełdowego okresu?
RK: Tak, ale one nie nadają się do publicznego opowiadania
:) Mogę natomiast podzielić się pewnymi wrażeniami, które z
perspektywy czasu mocno mnie kiedyś bawiły. Gdy zaczęło się
głośniej mówić o prawach autorskich (może nawet powinienem
powiedzieć: gdy w ogóle zaczęło się mówić o prawach autorskich) to
czołowymi ekspertami występującymi w mediach i wypowiadającymi się
na ten temat byli moi dawni koledzy z giełdy. Nie wymienię ani
konkretnych nazwisk, ani firm, ale do dziś pamiętam, jak skręcałem
się ze śmiechu słuchając kolejnego "młota na piratów",
wypowiadającego się w TV. Dobrze pamiętałem, że zanim założył z
kolegami firmę zajmującą się wydawaniem zachodnich gier w Polsce,
pracował stolik w stolik ze mną czy wręcz odkupił ode mnie
"interes" (kompy, bibliotekę pirackich gier), gdy się wycofywałem z
tej zabawy. To taki chichot historii, że polski legalny rynek
oprogramowania był organizowany przez eks-piratów.
KZ: Skoro wspominasz o piractwie, chciałbym zapytać o
kulisy wprowadzenia zabezpieczenia zastosowanego w „PK”? Czemu to
miało służyć? A może przypomni Ci się, skąd zaczerpnąłeś program
zabezpieczający, bo nie wygląda on na pisany przez
Ciebie...
RK: Proszę potraktować moje słowa jako "prawdopodobne, ale
nie 100% pewne". Grę pisałem około 3 dni, a zrobienie tego
zabezpieczenia zajęło mi około godziny i po tylu latach naprawdę
słabo to pamiętam. Wydaje mi się, że było to tak. Stali klienci
dostawali program z ostrzeżniem, ale bez tego dodatkowego
programiku. Ale ponieważ był to okres na giełdzie, gdy malał już
popyt na programy dla Atari, to relacje z "konkurencją" były dość
napięte. Obawiajac się, słusznie zresztą, że kupią mój program
przez podstawionego klienta, naprędce zrobiłem coś, żeby ich nieco
opóźnić. Wydaje mi się, że ten programik, który zastosowałem, nie
był w założeniu trojanem. Możliwe, że był to program narzędziowy,
robiący "coś", ale przypadkowo okazało się, że odpalenie go w
określonych okolicznościach może być groźne dla kompa, względnie
uszkodziłem go, grzebiąc po sektorach, gdzie był zapisany, co
objawiło jego "dodatkową funkcjonalnością" :) Nie jestem w stanie
tego odtworzyć, bo starannie pozacierałem ślady oryginalnej nazwy
tego programu.
.png)
Przepraszam wszystkich, którzy ucierpieli z tego powodu, bo na
pewno byłem świadom konsekwencji działania tego softu. Zresztą,
pewne doświadczenia wyniesione z tego zdarzenia zaowocowaly
ostatnią grą, jaką napisałem na PC, ale nie mogłem znaleść wydawcy.
Gierka nosiła nazwę "Rosyjska Ruletka", a stawką w niej były pliki
na twardym dysku. W przypadku przegranej program losowo kasował
dowolne pliki z HDD.
KZ: Możesz mi udostępnić tą grę? Przyznam, że pomysł
brzmi intrygująco...
RK: Gierka była bardzo zaawansowana, ale grafiki nie zostały
przygotowane (ikonek głównie), bo projekt w pewnym momencie upadł.
„Mirage”, które miało to wydać, przestraszył ich prawnik. Wycofali
się z przedsięwzięcia, obawiając się, że jeśli pracownik w jakiejś
firmie zagra i w wyniku tego straci ważne dane firmowe, to jego
pracodawca będzie mógł pozwać „Mirage”. Poza tym, całą grafę
dynamiczną do tej gry robił gość, którego poleciło nam „Mirage”.
Profesjonalny grafik zrobił animację w 3D Studio (o ile pamiętam) i
nie mogłbym wypuszczać czyjejś pracy bez porozumienia z nim. A
kontakt nam sie urwał, gdy facet wyjechał na stałe do USA. Ale to
czysto teoretyczna rozmowa, bo i tak nie mam żadnych dyskietek z
tamtego okresu.
KZ: Co oznacza „Tir-Soft”? Używana przez Ciebie ksywa czy
nazwa Twojego giełdowego stoiska?
RK: „TiR Soft” od Tomek i Radek. Jak się zaczynałem bawić w
handlowanie na giełdzie to planowaliśmy to robić wspólnie z kolegą.
On sie praktycznie od razu wycofał, ale nazwa została...
KZ: Ile kopii gry „PK” udało Ci się sprzedać? Pamiętasz
jakieś cyfry?
RK: Nie jestem w stanie podać konkretnej liczby, ale myślę,
że sporo. Pamiętam, że ja bardzo długo siedziałem na giełdzie w
Atari, nawet wtedy, gdy już sam zacząłem używać Amigi. O ile
pamiętam, to moje stoisko na giełdzie było jednym z trzech, które
"zostały". Cała reszta migrowała już do kompów kolejnej generacji.
W pewnym momencie miałem pracownika, który siedział za mnie na
stoisku, a ja „latałem” po giełdzie. To był mniej więcej ten okres,
gdy na Zachodzie nie wychodzily już żadne nowe gry na Atari, a u
nas jeszcze nie zaczęły powstawać. Mój pracownik był bardzo
spokojnym człowiekiem, ale po dwóch miesiącach zaczął gryźć
klientów, którzy co weekend przychodzili na giełdę z sakramentalnym
pytaniem: "czy są jakieś nowości na Atari?" :) I to on wpadł na
pomysł, żeby zacząć sprzedawać „PK”. Bo sama gra pierwotnie była
pomyślana jako żart.
KZ: Czy zgłaszali się do Ciebie osobnicy, którzy
ukończyli grę i zgodnie z obietnicą w programie, chcieli odebrać
nagrodę czyli darmowe kopiowanie gier?
RK: Tak, kilka osób średnio na każdą giełdę. Zresztą, w ten
sposób poznałem też jednego ze swoich najlepszych przyjaciół, z
którym utrzymuję kontakt aż do dziś.
KZ: Czy „Profesional Killers” była Twoim jedynym
programem/grą na Atari?
RK: Nie. Pisałem sporo prostych programikow, w miarę
potrzeb. Na przykład programik rzucający kostkami do sesji RPG (D6,
D10, D12...) na żywo (zainspirował mnie do tego jeden z graczy,
któremu zawsze "szczęśliwie" wypadało na zwykłych kościach
maksimum). Albo programiki wspomagające papierowe gry, w których
było sporo obliczeń, na przykład podczas walki. Kiedyś też bardzo
podobał mi się taki rodzaj gier/książek, w których zależnie od
podejmowanych decyzji przechodziłeś do czytania tekstu na podanych
stronach (wyglądały one mniej więcej tak: "W jaskini widzisz
skrzynię. Próbujesz ją otworzyć? Jeśli tak - idź do strony XX,
jeśli nie - do YY, jeśli wcześniej znalazłeś klucz, możesz go teraz
użyć - idź do strony ZZZ"). Zacząłem wymyślać własne i robić ich
komputerowe wersje.
KZ: Porozmawiajmy też o początkach Twojej drogi w świecie
komputerów. Jaki był Twój pierwszy komputer i w jaki sposób stałeś
się jego właścicielem?
RK: Atari. To był jedyny komputer, jaki wtedy miałem okazję
poznać bliżej, bo miał go kumpel. No i był dostępny w Peweksie, a
ja wtedy o giełdzie wiedziałem niewiele. To było rok przed tym, jak
sam kupiłem komputer. Więc piąta klasa podstawówki, około 84-85
roku, tak mi wychodzi z obliczeń :) Atarowcem w pełnym tego słowa
znaczeniu zostałem w 6-tej klasie. Złamałem rękę dość poważnie i
dostałem sensowne odszkodowanie. Resztę dołożył ojciec, głównie z
tego powodu, że wypadek miałem, gdy znajdowałem się "pod jego
opieką" i miał poczucie winy :)
symbol zachodniego luksusu w szarej
rzeczywistości PRL-u
KZ: A w jakich okolicznościach zacząłeś
programować?
RK: Nie wiem od jakiego minimalnego poziom umiejetności
można mówić o programowaniu, ale jeśli mówimy o pisaniu jakiś
prostych programów to natychmiast po zakupie komputera. Nie było
mnie stać na zakup Atari z magnetofonem, więc postanowiłem działać
metodą małych kroczków. Gdy razem z ojcem kupiliśmy kompa, okazało
się, że jest on bezużyteczny bez dodatkowego urządzenia. Ojciec
jednak nie stanął na wysokości zadania (czytaj: nigdy nie próbuj
oszukać kogoś, kto ma ten sam zestaw genów co Ty :) ) i zamiast
sięgnąć ponownie do skarpety powiedział "co chciałeś to masz!".
Mimo wszystko magnetofon kupiłem jakieś pół roku po zakupie kompa.
Do tego czasu siedziałem przy nim i uczyłem się pisać proste
programiki w Basicu, a za pamięć masową służyła mi kartka papieru
:)
KZ: Czy ograniczałeś się tylko do Atari Basic, w którym
napisany jest „PK”, czy może zacząłeś korzystać z innych
języków?
RK: Pisałem jeszcze w Pascalu, ale to już chyba na PC.
Wspólnie z dwoma kolegami pisaliśmy też soft dla konkretnych
klientów: programy magazynowe, fakturowo-księgowe, pamietam też
jakieś zamówienia od ludzi zajmujących się wyceną nieruchomości,
adwokatów liczących czas pracy, etc. A z ciekawostek związanych z
softem na Atari pamiętam, że najoryginalniejszym zleceniem był
program dla gościa, który robił "ozdobne budy dla psów" :) Z tego,
co pamiętam, to mieszkał w Józefowie albo Michalinie pod Warszawą
(linia Otwocka). Był to teren, gdzie mieszkali i mieszkają nadal
raczej dość zamożni ludzie (w komunie to było zagłębie
"prywaciarzy"). Facet robił i sprzedawał budy dla psów kasując za
to jakieś chore pieniadze (1 buda średnio kosztowala 4-5 średnich
pensji) i chciał mieć program, który doda mu autorytetu podczas
rozmów z klientami. Nie było tam żadnej wizualizacji projektów (te
sam robił odręcznie – pamiętam, że miał spory talent plastyczny),
ale komputer liczył mu materiałówkę i niezmiennie wypluwał z siebie
wysokie ceny :)
KZ: A może masz zachowane jakieś swoje dokonania
(dyskietki, programy) z czasów Atari?
RK: Niestety, cała moja biblioteka dawnych produktów z Atari
przepadła przy okazji kolejnej przeprowadzki. Ale uważam, że
nawiększym hołdem, jaki mogłem złożyć tej maszynce było wydanie na
PC remake-u najlepszej, moim zdaniem, gry z Atari „Imperium
Galactum”. Spędziłem z kolegą przy tym tytule wiele, wiele,
baaaardzo wiele nocy i rozstając się z Atari ciężko nam było
rozstać się z tą grą. Napisaliśmy ją więc "od nowa". Nie mając
kodów źródłowych, odtworzyliśmy algorytmy walki tylko na podstawie
naszych doświadczeń, a także dorzuciliśmy kilka funkcji, których
tam nam brakowało (np. badania technologiczne). Gotowy produkt
wydał „Mirage” jeszcze przed wejściem ustawy o ochronie praw
autorskich. Z całej mojej "twórczości" zostało mi pudełko od
„Imperium...”, dyskietek nigdzie nie mogę znaleźć.
KZ: No właśnie. Nie samym pisaniem programów człowiek
żyje, więc i Ty w coś grałeś... Jakie były Twoje ulubione gry w
czasach Atari?
RK: Mogę wymienić zdecydowanie trzy tytuły. „Imperium
Galactum” - absolutna rewelacja. Mam wrażenie, że musieli w to grać
twórcy takich przebojów jak „Master of Orion”, jak i pecetowej
serii PBM-ów „Space Empires” (wydano już 4 części tego, a teraz
trwa beta 5-tej). „Warship” - świetna produkcja SSI, nieźle
oddająca, jak na możliwości 8-bitowego kompa, realia wojny morskiej
na Pacyfiku. Podobnie jak przy „Imperium...” spędziłem przy tym
masę czasu, grając z kolegami w systemie "hot seat". „Ultima”,
chyba 3, jeśli to ta część miała w nazwie Exodus. Ten tytuł głównie
wymieniam z tego powodu, że parę lat po jej ukończeniu, około
1997-8 roku, zwróciłem swoją uwagę na grę MMO Ultima Online, a ta
gierka zabrała mi 4 lata z życiorysu i zapoczątkowała moją przygodę
z MMORPG :)
wirtualny Radosław Karolak z gry MMORPG
pozdrawia czytelników atarionline.pl. Oryginalny zrzut ekranu
tutaj
KZ: Po wyborze ulubionych gier mogę stwierdzić, że
przedkładałeś dużej klasy, umysłową rozrywkę nad bezmyślną
rąbankę.
RK: Ja lubię po prostu grać z ludźmi. Nie ma takiego AI,
które by nie było przewidywalne prędzej czy później. W pierwsze
dwie gierki graliśmy masę czasu "hot seat" i do dziś wspominam to
bardzo sympatycznie :)
KZ: Czy wobec tego wracasz czasami do tych wspomnień i
przeglądasz strony o Atari albo uruchamiasz np. emulator Atari i
grasz w stare gry?
RK: Nie. Moim zdaniem nie warto wracać do dawnych czasów, bo
w ten sposób niszczy się wspomnienia. Nie dotyczy to tylko
komputerów, ale.... odradzam wszystkim, którzy np. w młodości
jeździli w Bieszczady albo w góry, powracanie po latach do tych
samych miejscowości. Zderzenie z nową rzeczywistością jest bolesne.
Nie dlatego, że "wszystko się zmienia na gorsze", tylko my się
zmieniamy i zmienia się nasz odbiór świata. Często np. jakiś film,
który widzieliśmy dawno temu, funkcjonuje w naszej pamięci jako coś
kultowego, niesamowitego. A jeśli oglądamy go ponownie po 10
latach, okazuje się, że chyba teraz jakoś mniej nas śmieszą,
wzruszaja, przerażają rzeczy, które wtedy na nas robiły takie
wrażenie. Wracam natomiast do takich starych wspomnień podczas
spotkań z kolegami przy piwie. I zawsze dochodzimy do wniosku, że
to był najpiękniejszy okres w życiu każdego gracza, bo programiści
pisali gry dla ludzi, a nie dla małp :)
KZ: Pewnie więc nie przechowujesz swojego Atari z tamtych
czasów?
RK: Nie. Sprzedałem wszystko, poza własnymi programami i
kilkoma wybranymi grami, facetowi który dalej to ciągnał na
giełdzie. To był prawdziwy kombajn giełdowy - trzy kompy, kilka
stacji dysków i tysiące dyskietek. Wiem, że facet ciągnał to
jeszcze kilka lat. Nawet jak policja zaczęła wypełniać swoje
obowiązki to zorganizował sobie "piracką melinę" i klientów
przyjmował w domu :)
KZ: Czy jest może szansa, że ten facet coś jeszcze
przechowuje (np. Twoje unikalne programy na Atari?).
RK: Tak, bankowo zostawiłem mu też kopie, ale nie mam z
gościem kontaktu. To był znajomy znajomego znajomego. Pamiętam, że
mieszkał obok giełdy, na ulicy Żelaznej, ale który dokładnie blok i
numer mieszkania? Nie przypomnę sobie.
KZ: A kiedy rozstałeś się z giełdą, a także w ogóle z
Atari?
RK: Przygodę z giełdą definitywnie zakończyłem z początkiem
studiów. Raz, że uregulowania prawne spowodowały, że piractwo stało
się przestępstwem. Dwa, że studiowałem i pracowalem jednocześnie na
pełen etat. A trzy, próbowaliśmy razem z kolegami wspólnie
realizować projekty nowych gier. No dobra - kłamię :) Pojawiła się
dziewczyna i spędzanie z nią weekendów było dużo bardziej
pociągające niż siedzenie na giełdzie. Kiedy przestałem zajmować
się Atari? Dokładnie nie pamiętam. To jakoś tak przychodziło
powoli. Jak pisałem wcześniej, przez jakiś czas miałem jednocześnie
i Atari i Amigę. Jednak XL-kę dalej uważam za najlepszą – dla mnie
nie było nic innego.
KZ: Jaka jest obecnie Twoja prywatna sytuacja? Rodzina,
dzieci? Studia, praca?
RK: Mniej wiecej 8-10 lat temu, gdy skończyłem przygodę z
programowaniem, zacząłem pracować w firmach z branży IT. Zajmowałem
się i zajmuję się do dziś głównie hardware-m. Jestem żonaty od 10
lat (z tą samą kobietą) i mam jednego syna (8 lat). Jako
ciekawostkę mogę powiedzieć, że drugi z kolegów, z którymi pisałem
wspólnie soft (nie chodzi o „PK” tylko o tą bardziej "komercyjną"
działalność) pracuje na Giełdzie Papierów Wartościowych (pisze i
modyfikuje soft na RISK-ach).
Radek z synem
KZ: Serdecznie dziękuję za wywiad. Przy okazji chciałbym
Ci wskazać, że w bazie danych na mojej stronie możesz znaleźć
wszystki trzy gry, Twoją „Profesional Killers” oraz dwa
naśladownictwa. Jeśli chciałbyś je zobaczyć osobiście, polecam
emulator Atari800Win.
RK: Skorzystam przy okazji najbliższego spotkania z dawnymi
znajomymi. Myślę, że oglądanie tego wspólnie da nam sporo
przyjemności. Dzięki!