Kaz: Bartku, dowiedziałem się niedawno, że napisałeś
książkę o grach komputerowych, a ponieważ temat mnie bardzo
zainteresował zdobyłem skan kilku stron. Widzę tam dedykację
książki dla ojca, a w niej wymieniasz Atari i Amstrada. Co się
kryje za tą dedykacją, który komputer był pierwszy i jak w ogóle
rozpocząłeś swoją przygodę z komputerami?
BK: Znajomość z komputerami rozpocząłem dzięki tacie, który
pracował wówczas (czyli w połowie lat osiemdziesiątych) w Ośrodku
Badawczo-Rozwojowym Automatyki i Urządzeń Precyzyjnych, za czym
szedł dostęp do rozmaitych komputerów – do poważnych zadań panowie
mieli poważne pecety, a do rekreacji Amstrada CPC 6128 ze stacją
dysków, kolorowym monitorem i sporą biblioteczką oprogramowania
(tak się mówi, ale wiadomo że chodzi o gry). Co więcej, można było
ten sprzęt wypożyczać na weekendy do domu, z czego mój tata często
korzystał, żeby grać w szachy czy w reversi. Gdy się nudził, do
klawiatury siadałem ja i tak to się zaczęło. Pierwsze ulubione
tytuły: "Fruity Frank" oraz "Bomb Jack".
autor książki "Dawno temu w grach" Barłomiej
Kluska (fot. Marcin Kaliński)
Kaz: A więc Amstrad był pierwszy. Jak zostałeś
Atarowcem?
BK: Dwa lata później tacie najwyraźniej znudziło się
przynoszenie co sobotę Amstrada do domu i dostałem od niego Atari
65XE z magnetofonem. Musiał kosztować jakieś ciężkie dolary w
Pewexie, bo potem przez pewien czas nasza rodzina żyła dużo
skromniej :), no ale najważniejsze, że miałem wreszcie swój
komputer.
Na początku, nie ma co ukrywać, tylko grałem – pamiętam, że na
pierwszej kasecie nagrane były "Jet Set Willy" i "Montezuma’s
Revenge" i spędziłem przy tych tytułach masakryczne ilości czasu –
dopiero wiele lat później miałem dowiedzieć się, że "Montezumy" nie
można skończyć, a z atarowskiej konwersji "JSW" Tynesoftu dobra
jest właściwie tylko muzyka, bo reszta nie umywa się do oryginału,
ale wiedza ta nie zabiła moich dziecięcych wspomnień :).
Naturalnie z czasem zacząłem postrzegać komputery jako narzędzie do
nieco bardziej twórczych działań i tutaj znów na scenę wkroczył
tata, który ze swojego ośrodka badawczo-rozwojowego przynosił mi
wszystkie numery „Bajtka” i „Komputera”, książki Wojciecha Zientary
itp. pomoce naukowe. Mówiąc krótko, mam względem taty spory dług
wdzięczności, który choć częściowo, jak sądzę, spłaciłem dedykując
mu „Dawno temu w grach”.
Kaz: Każdy z kim rozmawiałem, mógł się podzielić
anegdotami czy po prostu ciekawymi historyjkami z tamtych czasów.
Co usłyszę od ciebie?
BK: Najbardziej charakterystyczne są dla mnie opowieści o
szkolnych czy osiedlowych kółkach komputerowych bez komputerów,
gdzie programować uczyło się „na sucho”. Jedną z takich historyjek
wspominam na łamach swojej książki, sam również mogłem uczestniczyć
w podobnych zajęciach – programy pisaliśmy na kartkach w kratkę, a
nauczyciel sprawdzał je w domu i przynosił z naniesionymi przez
siebie poprawkami i uwagami, że komputer wyświetliłby w tym miejscu
taki a taki komunikat. Dziś wydaje się to mocno absurdalne, ale
świadczy o chęci poznawania tych tajemniczych maszyn nawet wtedy,
gdy same maszyny były nieobecne :). Zresztą miało to sens, bo w
momencie pojawienia się komputerów w kółkach komputerowych, kółka
te często zamieniały się w zwykłe salony gier :). Co ciekawe,
myślałem, że takie lekcje programowania na sucho to lokalna
specyfika, ale niedawno dowiedziałem się, że podobnie zaczynał np.
Jeff Minter, czyli YAK, twórca lubianego (w pewnych kręgach)
Lllamasoftu.
Kaz: Czy interesowało cię coś oprócz gier? Czy próbowałeś
programować, robić grafikę albo muzykę?
BK: Niestety, żadnych tematów do chwalenia się w tej kwestii
- nigdy nie wyszedłem poza etap Basica i klepania jakichś prostych
wariacji na temat "Kupca" czy "Kolony", nieskomplikowanych
tekstówek tudzież drobnych gierek zręcznościowych w stylu "Tron-a".
Z perspektywy czasu widzę to tak, że brakowało mi dwóch rzeczy. Po
pierwsze, stacji dysków, a po drugie, talentu. Czyli jestem
znakomitym dowodem na to, że same chęci – nawet najlepsze – nie
wystarczą i po prostu nie każdy może zostać programistą. Teza ta
wielokrotnie potwierdziła się później, już w pecetowych latach, gdy
dalej stukałem rozmaite proste gierki w Delphi, konsekwentnie z
mizernym skutkiem. Na szczęście nic z ówczesnych moich produkcji
nie przetrwało do naszych czasów.
W ogóle myślę, że moja biografia, przynajmniej jeśli chodzi o
przygodę z komputerami, jest dosyć charakterystyczna dla tamtego
pokolenia – wtedy mało kto poprzestawał na samym graniu i prawie
wszyscy próbowali stworzyć coś swojego. Zazwyczaj zresztą, jak i
ja, bez większych efektów, niemniej sam fakt podejmowania takich
prób jest dosyć charakterystyczny – mam wrażenie, że mało który z
dzisiejszych młodych graczy myśli o robieniu własnych gier, ma
potrzebę wniesienia do tego świata czegoś od siebie.
Kaz: A zachowałeś swoje zabawki z dzieciństwa, żeby od
czasu do czasu wrócić do grania na oryginalnych sprzęcie?
BK: Przez pewien czas dosyć poważnie zbierałem rozmaite
artefakty z epoki, ale przestałem. Fanatyków takich jak Nosty i tak
nie przebiję, a poza tym myślę, że nie chodzi o otaczanie się
przedmiotami – te rzeczy nie były budowane z myślą, że ktoś będzie
chciał korzystać z nich po dwudziestu czy trzydziestu latach, a jak
mam walczyć z wadliwym slotem na carty w piątej z rzędu konsoli
NES, to zwyczajnie wolę odpalić emulator. Zresztą to chyba
ważniejsze – żeby przetrwał pewien duch tamtych czasów, sposób
bawienia się komputerami, sposób myślenia o komputerach, niż same
komputery. Jak dla mnie więcej frajdy płynie z grania w taki np.
"Joust" na emulatorze niż z głaskania zafoliowanego od fabrycznej
nowości pudełka, w którym ponoć jest cart z "Joustem" (choć tego
nie wiadomo na pewno, bo folii nigdy nie zdejmiemy, żeby gra nie
straciła wartości kolekcjonerskiej ;)). Reasumując, sprzętu z
tamtej epoki nie zbieram, muzealnictwo zostawiając innym (ale to,
co zebrałem przez kilka lat, trzymam w skarbczyku jako lokatę
kapitału – zafoliowany "Joust" też leży w którejś z szuflad
:)).
Kaz: No dobrze, posiadanie sprzętu, gier czy emulatora to
jedno, a korzystanie z niego to drugie. Czy w takim razie wracasz
nostalgicznie do tamtych czasów, uruchamiając czasem emulator Atari
i grając w stare gry? Wspierasz pasję przeglądaniem stron
tematycznych?
BK: Jasne, że tak. Nie da się oczywiście ukryć, że jestem
już atarowcem w stanie spoczynku, ale choćby z czystej ciekawości
śledzę rozmaite nowe projekty. Kciuki trzymam przede wszystkim za
nowe „Kolony” – to może być naprawdę fantastyczna sprawa. Cały czas
uważam, że pierwszej wersji zabrakło bardzo niewiele, by stać się
jedną z najlepszych gier decyzyjnych w ogóle (pomijając czas
powstania i platformę sprzętową). I wielka szkoda, że idea
udoskonalenia tego tytułu jest spóźniona o ponad dekadę, a końcowy
efekt zobaczy zaledwie garstka pasjonatów – i to wyłącznie takich,
którzy dobrze pamiętają oryginał.
Tu zresztą dotykamy szerszego problemu, czyli tego, że grająca
młodzież nie bardzo interesuje się korzeniami swojej pasji. Też nie
bardzo potrafi się interesować, bo np. w filmie dostęp do historii
jest prosty i każdy, kto jest na tyle młody, że nie pamięta –
powiedzmy – pierwszego „Terminatora”, a poznał tę opowieść przy
okazji premiery części trzeciej, bardzo łatwo może uzupełnić luki w
wiedzy, kupując płytę DVD z „jedynką” i „dwójką” i odpalić ją na
dowolnym odtwarzaczu. Tymczasem interesowanie się przeszłością gier
to sprawa trudniejsza – można się ekscytować np. wielkim powrotem
„Duke’a Nukema”, ale młody człowiek, który chciałby na własne oczy
zobaczyć poprzednią odsłonę cyklu (tę, na którą był za młody
dziesięć lat temu, a którą tak ciepło wspomina jego starszy brat),
natknie się na zniechęcające
trudności,
bo uruchomienie DN3D pod Windows XP czy Vistą to już solidna
gimnastyka, dla wielu nie do przejścia.
Inna sprawa, że świat filmu celebruje swoją historię, wspomina
wielkich twórców i wielkie tytuły, wciąż przy różnych okazjach
wydając rozmaite zremasterowane i „odświeżone komputerowo” wersje,
płyty z materiałami dodatkowymi etc. (jak ostatnio choćby przy 25.
urodzinach „Blade Runnera”), a producenci gier nie są tym
zainteresowani – w naszej branży inicjatywa zachowania pamięci
wychodzi od graczy. To gracze – hobbystycznie, po godzinach –
napisali np. system SCUMMVM, dbając o to, by rewelacyjne
przygodówki sprzed lat, takie jak „Małpia Wyspa” czy „Day of the
Tentacle”, były łatwo dostępne i wciąż żywe, a sam Lucas Arts nie
jest projektem w ogóle zainteresowany.
Coś się na szczęście trochę zmienia w tym myśleniu, są jakieś
promyczki zmian, jak np. bardzo ładne, rocznicowe wydanie „Another
World” na 15. urodziny, ale wszystko to zdecydowanie za mało.
Kaz: Wspomniałeś o grach dla peceta i szerzej – dla
komputerów 16-bitowych, bo takie hity jak „The Secret śof Monkey
Island” powstały też dla Atari ST czy Amigi i domniemywam, że
czujesz do nich pewien sentyment. A jak się sprawa ma w przypadku
gier dla małego Atari – które były twoje ulubione? Na pewno jest
wśród nich „Jet Set Willy”, skoro umieściłeś ją w
dedykacji...
BK: Obawiałem się takiego pytania. Za chwilę wymienię kilka
tytułów, a potem całymi miesiącami będę miał do siebie pretensje,
że zapomniałem o jakiejś grze, a to przecież tak ważna w moim życiu
pozycja :). Ale spróbujmy. Ulubione gry z dzieciństwa: „Jet Set
Willy”, “Montezuma’s Revenge”, “Pole Position”, “River Raid”,
“Boulder Dash”. Później także „Archon”, a z polskich „Robbo”,
przygodówki Rolanda Pantoły, „Władca” i „Kolony”. A teraz szybko
przejdźmy dalej, zanim przypomnę sobie coś jeszcze :).
Aha, no i strasznie lubiłem grać z kolegami – dzisiejsze tryby
multiplayer przez internet to marna podróbka tych pojedynków bark w
bark i dżojstik w dżojstik w „Hyper Olympic” czy „One on One” :).
Pamiętam, że okrutnie brakowało mi na Atari dobrych piłek nożnych –
Commodore, ze swoimi „Microprose Soccer” czy genialnym „Emlyn
Hughes Int. Soccer”, zdecydowanie wygrywało w tej konkurencji. Ale
to oczywiście jedyna taka konkurencja :).
Kaz: W twoim przypadku pasja do grania zamieniła się w
artykuły o grach. Jak do tego doszło, że pojawiły się twoje opisy w
czasopismach dla graczy? Co cię skłoniło do takiej współpracy –
przypadek, świadomy wybór, chęć zdobycia sławy?
BK: Przypadek. Trochę pisałem komercyjnie do różnych portali
(m.in. śp. Hoga), trochę hobbystycznie do szuflady i jakoś tematy
historii gier były dla mnie zawsze najciekawsze. Może dlatego, że
jeśli nie liczyć jednej (słabej zresztą) książki i bodaj trzech
artykułów w „Gamblerze” – ABSOLUTNIE NIKT w Polsce nie zajmował się
przeszłością elektronicznej rozrywki.
Jeden z moich wrzuconych gdzieś w Sieć artykułów wypatrzył Smuggler
i zaproponował przedruk na łamach „CD-Action”. Reakcje czytelników
musiały być na tyle entuzjastyczne, że tekst przerodził się w cykl
mniej lub bardziej regularnych pogadanek o przeszłości
elektronicznej rozrywki. Do „CD-Action” przylgnęła (moim zdaniem,
niesłusznie) łatka pisma dla graczy mniej wymagających, ale to jest
póki co jedyne w Polsce miejsce, gdzie temat historii gier
potraktowano poważnie i z takim rozmachem. Za to respekt.
Piszą do mnie ludzie, którzy chcieliby o grach, o ich przeszłości,
poopowiadać np. w pracy zaliczeniowej czy licencjackiej na studiach
i z miejsca trafiają na ścianę, bo licencjatu (nie mówiąc już o
magisterce) nie można oprzeć w całości na internecie. A jeśli
chodzi o polskie źródła drukowane – jest wspomniana już „Biblia
komputerowego gracza” (rok wydania 1998, zero wznowień), są te trzy
nieszczęsne artykuły z „Gamblera”, potem długo, długo nic i dopiero
po blisko dekadzie ciszy moje teksty w „CD-Action”. Zostają zakupy
na Amazonie i publikacje anglojęzyczne. Czemu? Nie mam pojęcia,
zwłaszcza że pokrewne dziedziny ludzkiej działalności (film,
komiks) doczekały się także w naszym kraju sporej literatury
przedmiotu.
Kaz: Wspomnianą „Biblię komputerowego gracza” recenzujesz
na swojej stronie, poddając ją
miażdżącej krytyce. Dlaczego to nie jest dobra książka?
BK: Przede wszystkim sama konwencja nie jest dobra – autorzy
zaprezentowali wyliczankę tytułów, o każdym dwa czy trzy akapity i
wszystko tak lakonicznie, że ktoś, kto w daną grę nie grał, i tak
nie zrozumie, o co chodziło, zwłaszcza że nie ma screenów. W tym
wymienianiu kolejnych gier zabrakło szerszego wprowadzenia w realia
epoki, choćby paru słów o sprzęcie, refleksji na temat ogólnych
trendów rozwoju branży – wyliczanka nie układa się w żadną sensowną
całość.
Co gorsza, także w kwestii samych faktów autorzy często się mylili,
nie chciało im się sprawdzać różnych rzeczy, weryfikować
prezentowanych poglądów, popełniają też proste błędy, które zresztą
wyliczam w swojej krążącej po sieci recenzji, więc teraz nie będę
się powtarzał. Jeśli kogoś to jeszcze interesuje, na pewno
znajdzie. Czysto subiektywnie, zabrakło mi też w „Biblii
komputerowego gracza” tego charakterystycznego autorskiego stylu,
tak dobrze znanego z pism, dla których pracowali twórcy książki.
Tutaj wszystko jest jakieś nijakie, pisane drewnianym, topornym
językiem… Po prostu źle się czyta. Zresztą sam Gawron przyznał w
rozmowie ze mną, że nie jest zadowolony z tej książki. Trochę
szkoda straconej szansy.
Z drugiej strony, było to dzieło pionierskie – panowie jako pierwsi
w Polsce na serio podeszli do historii gier i próbowali pokazać, że
to bardzo ciekawa sprawa. Choć po drodze pobłądzili, i tak szacunek
dla nich, zwłaszcza że przez dekadę nikt nie ruszył w ich ślady i
dopiero moja książka stara się nieco zmienić ponury obraz sytuacji.
Mam nadzieję, że na następną nie będziemy czekać kolejnych
dziesięciu lat.
Kaz: Dochodzimy więc do sprawy twojej książki. Dlaczego
zdecydowałeś się napisać i wydać książkę o historii gier?
BK: Zaważyły dwa czynniki. Po pierwsze, dramatyczna luka na
rynku, o której wspominałem wyżej (tylko „Biblia…” sprzed dekady
itd.), a po drugie, czasopismo nie jest najlepszym miejscem dla
tekstów historycznych, czyli (przynajmniej w założeniach autora)
bardziej odpornych na upływ czasu. Artykuł w miesięczniku żyje
równo miesiąc, ale jeśli to nie news, recenzja czy doraźny
felieton, mógłby spokojnie pożyć dłużej, bo nic przecież nie traci
ze swojej aktualności. Postanowiłem więc zebrać teksty z
„CD-Action” w książkę i zapewnić im przez to takie właśnie „drugie
życie”.
Później poszło już z górki – naniosłem parę poprawek, dodałem
ilustracje i indeks, tu coś wyciąłem, tam dopisałem, poskładałem
wszystko tak, żeby utworzyło w miarę spójną całość i gotowe. Z tą
spójnością też zresztą bez przesady, bo artykuły powstawały przez
pięć lat i zasadniczo każdy jest zrobiony tak, żeby mógł
funkcjonować osobno. Widać więc różnice w ujęciu poszczególnych
tematów, zmiany formy, zmiany konwencji, niekiedy powtórzenia -
zostawiłem je tak, jak były. Dzięki temu teksty można czytać
oddzielnie, dozując sobie lub dobierając treści według własnych
potrzeb lub uznania.
Doszedłem do wniosku, że taka konstrukcja lepiej pasuje do tego, co
chciałem przekazać. „Dawno temu w grach” nie jest – i nie miało być
– poważną historyczną monografią, dziełem wyczerpującym temat,
kompletnym i drobiazgowym. Może kiedyś ktoś takie napisze (trzymam
kciuki), mnie chodziło tylko o nakreślenie kolorytu epoki
pierwszych gier, zaciekawienie, pokazanie ludziom, że gry dorobiły
się swojej historii z prawdziwego zdarzenia i że jest to historia
niezmiernie interesująca, obfitująca w barwne postaci i pasjonujące
wydarzenia. Od dekady nikt w Polsce nie spróbował nawet tego, więc
myślę, że to dobry początek.
Kaz: Czy ciężko się w Polsce wydaje pionierską książkę o
grach? Sądząc po stopce, jest to raczej niszowe wydanie w małym
wydawnictwie (własnym?).
BK: „Dawno temu w grach” opublikowane jest nakładem własnym
autora i z niewielką pomocą przyjaciół, wspierających proces
dystrybucji. Być może zainteresowałby się nią jakiś poważny
wydawca, jednak potrzeba niezależności i chęć sprawdzenia się
zadecydowały, że wszystko chciałem zrobić własnoręcznie – od
postawienia pierwszego znaku w Wordzie, aż po odbiór gotowych
książek z drukarni i wciągnięcie ich do mieszkania (a mieszkam na
dziewiątym piętrze :).
Internet jest obecnie powszechny na tyle, że każdy potencjalnie
zainteresowany czytelnik bez problemu dotrze do informacji o
książce i jeśli uzna, że warto ją kupić, w ciągu dwóch dni otrzyma
swój egzemplarz od listonosza. Dystrybucja przez system hurtowni i
księgarni nie jest niezbędna – tak naprawdę generuje tylko
dodatkowe koszty, by mógł zarobić łańcuszek pośredników. Bez nich
wychodzi taniej, bo ja też nie potrzebuję zarabiać na „Dawno temu w
grach”. To tylko hobby, a mam przecież normalną pracę, więc
wystarczy, że projekt się zwróci (na co, biorąc pod uwagę aktualną
sprzedaż, są spore szanse). Żeby nie skłamać, przy dobrych wiatrach
będę miał z tego przedsięwzięcia butelkę porządnej whiskey, ale
jeśli nie, to też bez żalu – gry dały mi piętnaście lat zabawy i
skoro mogę się jakoś odwdzięczyć (np. pisząc o nich fajną książkę,
która kogoś zaciekawi), to już jestem usatysfakcjonowany.
Kaz: Jakie masz więc porady, dla tych, którzy chcieliby
pójść w twoje ślady i wydać książkę w temacie gier komputerowych
własnym sumptem? Jakie pułapki czyhają i na co zwracać
uwagę?
BK: Pułapek nie widzę żadnych :). Jak wspominałem,
zapotrzebowanie w społeczeństwie już jest spore, a będzie jeszcze
większe, bo gry stały się poważna gałęzią nie tylko biznesu, ale
również kultury - i co za tym idzie, przedmiotem naukowych dociekań
oraz ogólnie głębszej refleksji. Chyba tylko u nas wciąż traktowane
są jako zabawa dla dzieci - brak np. czasopisma, które byłoby
miejscem dla "poważnego" pisania o elektronicznej rozrywce, nie
tylko o jej przeszłości, ale także o teraźniejszości czy
przyszłości, czegoś na kształt - powiedzmy - "Zeszytów
komiksowych". Dlaczego miłośnicy komiksu potrafią, a gracze
nie?
Mnóstwo interesujących materiałów, świetnie napisanych tekstów
rozproszone jest po niszowych internetowych serwisach i blogach,
zdane na łaskę i niełaskę Google'a... Gdyby poskładać z nich jakieś
spójne całości? Niekoniecznie periodyk, bo np. z zawartości Atari
Online można wykroić fantastyczny zbiór artykułów, który raczej nie
stałby się ogólnopolskim hitem, ale dla kilkuset osób stanowiłby
ważną pozycję w domowej biblioteczce (dla mnie również).
Kaz: A co porabiasz w życiu, że to tak ujmę,
poza-komputerowym?
BK: Moja obecna sytuacja jest ustabilizowana :). Cztery lata
temu skończyłem studia historyczne i po różnych życiowych
perturbacjach, zarobkowej emigracji na Cypr itp., mam obecnie to
szczęście, że mogę pracować w zawodzie – opiekując się archiwami i
grzebiąc w przeszłości (a po pracy też grzebię w przeszłości, już
hobbystycznie, czego efektem np. książka, o której rozmawialiśmy
:)). Poza tym trochę oderwałem wzrok od komputerów (być może parę
lat za późno), staram się spędzać więcej czasu w plenerze. W każdej
wolnej chwili wsiadam w auto i uciekam w góry. Góry są naprawdę
piękne, żadne komputerowe efekty nie potrafią być aż tak
urzekające, pewnie nigdy nie będą w stanie wzbudzić tak
fantastycznych emocji. Myślę, że to bardzo dobrze.
Kaz: Dziękuję za wywiad i za książkę, którą mnie
obdarowałeś na koniec wywiadu. Przeczytałem ją i z przyjemnością
stwierdzam, że "duch" Atari jest w niej wszędzie obecny :). Uważam,
że każdy miłośnik gier, w szczególności atarowiec, powinien mieć ją
w swoich zbiorach. Chętnych do zakupu zapraszam na Twoją stronę.
Od siebie mogę dodać, że książka jest technicznie wydana na
naprawdę przyzwoitym poziomie, edytorsko nie ma się do czego
przyczepić, a nawet należy pochwalić za ładną i poprawnie użytą
polszczyznę, czego brakuje wielu książkom z dziedziny
"komputerowej". Jeżeli chodzi o stronę merytoryczną, to nie mam
żadnych zastrzeżeń - tematy dobrane ciekawie, podział na rodziały
dokanany logicznie i sprzyjający czytaniu. Stwierdziłem tylko jedną
wadę - "Dawno temu w grach" czyta się za szybko! Chciałbym zobaczyć
kolejną Twoją książkę, w której wiele tematów zostaje
rozbudowanych, opisanych jest więcej gier, więcej postaci, więcej
anegdot!
Na koniec jeszcze dodam, że jeden z Twoich artykułów zainspirował
mnie do prac nad nową gra- konwersją dla Atari - ale na razie niech
zostanie tajemnicą, o którą grę chodzi.