Kolega
kosa0 poruszył na Forum Atarum
ciekawy temat wirusów komputerowych na małym Atari. Ciekawy,
ponieważ zawsze owiany różnymi mitami i niedopowiedzeniami, zahacza
o kwestie drażliwe dla niektórych, na styku tego co legalne i
nielegalne, wywołuje temat odpowiedzialności uzdolnionych
programistów oraz beztroski niedoświadczonych użytkowników...
Wirus to program komputerowy, który w sposób celowy powiela się bez
zgody użytkownika, często prowadząc też szkodliwą dla użytkownika
działalność - może to być zawieszenie komputera, kasowanie danych
na nośnikach, etc. Potocznie, choć mylnie, o wirusie mówi się w
każdej sytuacji, gdy program celowo szkodzi użytkownikowi, wykonuje
jakieś przestępcze czy złośliwe działania, podczas gdy podstawową
cechą wirusów jest duplikowanie się. Do zwalczania, usuwania i
zabezpieczania się przed wirusami używane są programy
antywirusowe.
Plaga wirusów nigdy na poważnie nie dotknęła użytkowników
8-bitowców. Tak naprawdę era wirusów rozpoczęła się gdzieś w
pierwszej połowie lat 80-tych, a sprawa komputerowych mikrobów
zyskała rozgłos w dobie popularności maszynek 16-bitowych
wyposażonych w twarde dyski. Na 8-bitowcach istnienie wirusa często
było traktowane jako sympatyczna egzotyka, a nawet powód do dumy
(można było powiedzieć posiadaczom Amigi, ST czy peceta "my też
mamy wirusy!"). Również na małym Atari wirusów nie ma zbyt wielu,
można je policzyć na palcach ręki nieostrożnego drwala... :)
Wirus "TA" alias "Polish"
Najbardziej znany wirus - z powodu
opisu w
magazynie "Tajemnice Atari" z października 1992 roku - infekował
pliki na dyskietkach. Wielki tytuł w najlepszej atarowskiej gazecie
oznajmiał "Złapaliśmy wirusa!" (powyżej), a w artykule
Janusz B.
Wiśniewski zaserwował zdeasemblowany i skomentowany kod
programu oraz opisał działanie wirusa:
"Wirus należy do grupy "niedestruktywnych", to znaczy, że nie
wbudowano weń sekwencji niszczących zasoby lub układy komputera.
Nie oznacza to jednak, że jest bezpieczny, powoduje bowiem
zwiększenie rozmiaru plików, a więc prowadzi do nieoczekiwanego
przepełniania dyskietek, co może stanowić pośrednią przyczynę
różnorakich kłopotów. W wyniku uruchomienia zainfekowanego programu
wirus zagnieżdża się na szóstej stronie, skąd śledzi dyskowe
operacje WE/WY, czujny, by dołączyć swą kopię do każdego
ZAPISYWANEGO programu. Właściciele magnetofonów mogą spać
spokojnie. Wirus atakuje tylko pliki w formacie DOS i tylko na
urządzeniu "D:". Jednak w przypadku skopiowania zarażonego programu
na kasetę do użycia z COS-em lub "wykrzyknikiem", może przetrwać
lata w stanie utajonym, czekając, aż kupisz sobie stację dysków,
lub "sprzedasz" go koledze.
Bezpośrednim, zamierzonym przez autora, objawem działania wirusa
jest zmiana reakcji komputera w przypadku naciśnięcia klawisza
RESET. Wirus oducza radykalnie używania tego klawisza, przechodząc
trwale do SELF TEST-u. Jedynym wyjściem po takim zdarzeniu może być
wyłączenie komputera. Dla tych, którzy nie lubią tego robić (jak
ja), prawdziwa to męka. Po takim doświadczeniu niechętnie sięgamy
do RESET-u, z czego radość dla wirusa, bo RESET go zabija.
Ubocznym efektem działania intruza może być zawieszanie się
komputera przy próbie umieszczenia programów na szóstej stronie
(pamiętajmy, że przez znajdującego się tam wirusa przebiega cała
obsługa urządzenia "D:"). Może też dać się zauważyć nieznaczne
spowolnienie operacji dyskowych, lecz nie musi, bo wirus napisany
jest z dużym znawstwem tematu. Czasami "lekki" konflikt na szóstej
stronie może spowodować wadliwe działanie procedur WE/WY, a w
konsekwencji zniszczenie zasobów na dyskietce."
Po niedługim czasie, w numerze kwietniowym "Tajemnic Atari" z 1993
roku, pojawił się program-szczepionka autorstwa
K.
Kowalskiego pod tytułem "Virus Killer":
"W TA 10/92 ukazał się artykuł, który bardzo mnie zainteresował.
Był to artykuł JBW pt. "Złapaliśmy wirusa". Korzystając z tego, że
miałem w domu wypożyczoną na okres ferii stację dysków,
postanowiłem spróbować napisać program antywirusowy. Efektem tego
zamierzenia jest prezentowany obok program Virus Killer. Jest to
antywirusowy relokowalny kopier. Pisząc go wykorzystałem procedury
zawarte w publikowanym na łamach TA programie TA Copy.
Po wczytaniu, VK (tak w skrócie nazywam swój program) sprawdza, czy
w pamięci komputera znajduje się wirus. Jeśli go znajdzie,
unieszkodliwia go, zmieniając wektor procedury CLOSE tak, aby
wskazywał miejsce w procedurze wirusa, oznaczone przez JBW etykietą
GOCL. Sprawia to, iż po wywołaniu procedury CLOSE wirus skacze do
procedury CLOSE oryginalnego handlera. Po wczytaniu kopiowanego
programu VK - sprawdza, czy jest on zawirusowany. Jeśli tak jest,
to wówczas zmniejsza o długość wirusa wartość słowa, zawierającego
długość aktualnie wczytanego pliku. Po zakończeniu tej operacji VK
ponownie sprawdza zawirusowanie pliku. Ma to na celu całkowite
odwirusowanie pliku, do którego wirus dołączył swój kod
kilkakrotnie.
Odwirusowane pliki najlepiej zapisać na tej samej dyskietce, pod tą
samą nazwą. Powoduje to jednoczesne skasowanie zawirusowanego
pliku."

skoro, jak donosi prasa brukowa, możliwe
jest przenoszenie się wirusów z komputera na człowieka...
Wirus "Buttonic"
Redakcja "TA" miała wiele zasług w popularyzacji wirusów na
Atari... (wiem, brzmi dwuznacznie). W numerze 6-7 z 1993 roku jeden
z czytelników o ksywie
MAG (M) (jak się okazuje po latach to
ksywa Marcina Grochowiny, kolegi Mono) zaprezentował ciekawszą
wersję wirusa TA:
"Nie upłynęło wiele wody w rzekach od czasu ukazania się
artykułu pana Janusza B. Wiśniewskiego pod tytułem "Złapaliśmy
wirusa", gdy mój komputer zaczął się buntować i okazywać swe
niezadowolenie:
- w zależności od humoru i pogody włączał lub wyłączał dźwięk
klawiatury;
- w momentach najmniej odpowiednich "stawiał ekran na głowie" lub
przestawał wyświetlać znaki w negatywie;
- buntował się podczas nagrywania czegokolwiek na dysk;
- wieszał się bezpowrotnie po użyciu klawisza RESET. Nie było
cienia wątpliwości, że coś jest nie tak.
Po zmaganiach ze sprzętem i oprogramowaniem wyselekcjonowałem
wirusa, będącego zapewne wynikiem ewolucji osobnika
zaprezentowanego przez pana Wiśniewskiego. Pozwoliłem sobie nazwać
go "Buttonic". Jest to bestia o wiele bardziej przebiegła i
złośliwa od swego przodka... Ale zacznijmy od początku...
Po swym protoplaście "Buttonic" odziedziczył skórkę oraz narządy
rozrodcze. W tej materii nic się nie zmieniło, więc ograniczę się
do opisania organów podtrzymujących egzystencję wirusa oraz
służących do zatruwania życia użytkownikowi ATARI."
Inne mutacje wirusa "TA"
Zapewne artykuł w "TA" natchnął wiele osób na samodzielne
zmierzenie się z tematem wirusów. O wirusie TA zrobiło się bowiem
głośno nawet za granicą, artykuł JBW
pokazał się między innymi
w "Megazine" numer 6, dzięki tłumaczeniu kolegi
Pirx-a. W
kolejnym "Megazine, numer 7, opublikowany został artykuł
Jiri
"Bewesoft" Bernaska, w którym analizował on wirusa, usprawnił
go oraz przygotował antywirusa "Virus Scanner":
"It is on side two of this MegaZine! It's called "VIRUS SCANNER
V1.0" or VSCAN.COM, and it was written by me. This program will
look into memory and all the files on disk (with SpartaDOS only in
current directory), and show where the virus is. It'll NEVER write
on the disk - you must remove the virus yourself. (That's because
there CAN be a legal program, which looks like a virus...)"
Również
Andrzej "Andy" Kidaj wspomina w
wywiadzie o tym, że natknął się na mutację wirusa znanego z TA
i również napisał swoją wersję antywirusa:
"KZ: A co to za historia z antywirusem z „TA”, o którym
mi wspominałeś?
AK: Jakoś pod koniec ukazywania się „TA” znaleziono wirusa.
Niewiele robił, ale umiał sam się mnożyć. Dokładnie go opisano i
artykuł znałem niemal na pamięć. Jakoś niedługo potem zaczęła mi
szwankować stacja dyskietek - pod koniec wczytywania programu
potrafiła zacząć formatować dyskietki. Oddawałem ją do serwisu
kilka razy, nawet wymieniono mi ją na nową i... wciąż się to
powtarzało. Wtedy mnie tknęło - WIRUS! I faktycznie. Zanim się
zorientowałem, że to może być wirus, a nie wina stacji, minęło
sporo czasu, chyba nawet z pół roku. Nie wiem, czy to był
zmodyfikowany wirus, który był opisywany w „TA” czy zupełnie inny.
Część kodu miał podobną, ale w sumie co można nowego wymyślić w
kwestii duplikowania kodu? W każdym razie rozpisałem kod i
napisałem program antywirusowy, ratując tym samym sporą część
swojego oprogramowania. Wysłałem nawet spory artykuł na ten temat
do „TA”, ale nie otrzymałem odpowiedzi, a sprawa ucichła.
KZ: Posiadasz jeszcze te materiały w sprawie wirusa?
AK: No skąd :) Robiłem to wszystko na Atari, artykuł też.
Dyskietka poszła do „TA”. Jako, że przez długi czas odzewu nie
było, a Atari odchodziło, to uznałem, że nie ma sensu trzymać tego
i wywaliłem. Zostawiłem tylko antywirusa na wszelki wypadek, ale
już wirusów nie miałem..."

...to i zabezpieczenia trzeba używać
odpowiedniej miary.
Wirus Scorpio
W
wywiadzie z
Konradem "Scorpio" Rąpalskim dowiedzieliśmy
się, że także Scorpio pisał własne wirusy:
Kaz: Czy to prawda, ze pisałeś jakieś wirusy?
KR: Hmmm, no nie wiem czy to się nadaje do publicznej
wypowiedzi, ale tak. Dwa na Atari, dwa na PC. Co do tych ostatnich
to odsyłam do „MKS Vir”: „Darnok” - totalne badziewie, ale cóż -
pierwsze podrygi. „Pfeifer Virus” dedykowany pewnej nauczycielce, w
„MKS Vir” jako Scorpio ileśtam (bodajże 1504 czy 1534). Pierwszy
dyskowy, drugi plikowy.
Pierwszy atarowski był niestety prymitywny z założenia - brak u nas
czegoś takiego jak CMOS. Przeważnie po użyciu gierki/programu RESET
+ zimny start, gorący tylko czasami i to raczej tylko z DOS-em.
Drugi był wredniejszy, ale i nie bardzo przenośny, bo działał tylko
z LDW2000 oraz CA2001 i siedział w stacji, a także stamtąd zarażał,
więc resety Atari mu nie przeszkadzały, a nawet cieszyły, bo było
duże prawdopodobieństwo, że teraz bootuje się nowy dysk, jeszcze
nie zarażony. Tak więc na Atari odwrotnie niż na PC - pierwszy
plikowy, a drugi dyskowy.
Kaz: Co skłoniło Cię do pisania wirusów? Nie wiedziałeś, że
to niegodna ;) i nielegalna działalność?
KR: E tam zaraz niegodna :). Po prostu wprawki w asemblerze
przy pierwszych moich pecetach, a że wirusa akurat... cóż wtedy
jakaś taka moda była, a ja byłem młody i głupi. Co do drugiego
pecetowego wirusa - to sam jakoś uciekł - prawdopodobnie za pomocą
któregoś szkolnego kompa, czym zresztą chyba dowiódł jakiej takiej
skuteczności. Tak mi się wydaje przynajmniej. Napisałem go pod
negatywnym wpływem jednej mojej nauczycielki i nie było w planach
jego wypuszczanie, ale oczywiście kumplom ze szkoły pokazywałem no
i jakoś uciekł.
Co do wirusików atarowskich to po prostu nie było wcześniej takiego
czegoś na 8-bitowce, nic oprócz wirusa na C64, który przechowywał
się w stacji. Ale tam był procesor 6502 w środku to było łatwiej.
Więc te moje wirusy to było coś w rodzaju „a widzicie, a jednak się
da!”. Tego siedzącego w stacji to skrobnąłem już podczas zabawy z
LDW2000.
Niemiecki wirus
Tajemniczy i niebezpieczny, a do tego niemiecki :). Tak reklamował
swojego "wirusa"
Radek "Karol" Karolak, autor gry
"Professional Killers". Wirus tak naprawdę nie był wirusem (nie
powielał się) tylko systemem zabezpieczającym grę przed podaniem
nieprawidłowego hasła, w domyśle - znanego tylko legalnym
użytkownikom. Historię odbezpieczenia Krzyżaka opisał
Arek
"Larek" Lubaszka w tym
artykule, polecam, bo zabawne.
Po namierzeniu autora gry udało mi się w
wywiadzie zapytać o kulisy powstania tego zabezpieczenia:
"KZ: Skoro wspominasz o piractwie, chciałbym zapytać o
kulisy wprowadzenia zabezpieczenia zastosowanego w „PK”? Czemu to
miało służyć? A może przypomni Ci się, skąd zaczerpnąłeś program
zabezpieczający, bo nie wygląda on na pisany przez Ciebie...
RK: Proszę potraktować moje słowa jako "prawdopodobne, ale
nie 100% pewne". Grę pisałem około 3 dni, a zrobienie tego
zabezpieczenia zajęło mi około godziny i po tylu latach naprawdę
słabo to pamiętam. Wydaje mi się, że było to tak. Stali klienci
dostawali program z ostrzeżniem, ale bez tego dodatkowego
programiku. Ale ponieważ był to okres na giełdzie, gdy malał już
popyt na programy dla Atari, to relacje z "konkurencją" były dość
napięte. Obawiajac się, słusznie zresztą, że kupią mój program
przez podstawionego klienta, naprędce zrobiłem coś, żeby ich nieco
opóźnić. Wydaje mi się, że ten programik, który zastosowałem, nie
był w założeniu trojanem. Możliwe, że był to program narzędziowy,
robiący "coś", ale przypadkowo okazało się, że odpalenie go w
określonych okolicznościach może być groźne dla kompa, względnie
uszkodziłem go, grzebiąc po sektorach, gdzie był zapisany, co
objawiło jego "dodatkową funkcjonalnością" :) Nie jestem w stanie
tego odtworzyć, bo starannie pozacierałem ślady oryginalnej nazwy
tego programu.
Przepraszam wszystkich, którzy ucierpieli z tego powodu, bo na
pewno byłem świadom konsekwencji działania tego softu. Zresztą,
pewne doświadczenia wyniesione z tego zdarzenia zaowocowaly
ostatnią grą, jaką napisałem na PC, ale nie mogłem znaleść wydawcy.
Gierka nosiła nazwę "Rosyjska Ruletka", a stawką w niej były pliki
na twardym dysku. W przypadku przegranej program losowo kasował
dowolne pliki z HDD."
Wirus TeddyBoara
Kolega
TeddyBoar poinformował, że ma jeszcze jednego wirusa,
zapisującego się w boot sektorze dyskietki, pozwalającego na
odpalenie dyskietki określoną ilość razy, a potem znienacka ją
czyszczący. Oczywiście jak na wirusa przystało jest rezydentny i
infekuje kolejne niezabezpieczone dyskietki w stacji. Pliki
dyskietek z wirusem i antywirusem znajdziecie na
forum, post numer 9.
To tyle w tym temacie - proszę o wszelkie inne ślady, informacje,
opisy. Warto ocalić także ten kawałek historii.