Krzysztof Ziembik:
Marcin, kiedy rozpoczęła się Twoja
przygoda z komputerami, a szczególnie z Atari?
Marcin Długosz: W pierwszej klasie technikum. Był rok 1984,
a ja miałem 15 lat. Nasza szkoła była chyba pierwszą szkołą w
województwie, która w ramach współpracy z zakładami Mera w Zabrzu,
otrzymała dużą pracownię komputerową. Były to komputery Meritum I.
Przy komputerach kłębiły się tłumy osób. Zielona poświata monitorów
Neptun wywarła na mnie wręcz magiczne wrażenie :). W krótkim czasie
tak mnie to wciągnęło, że woźny szkolny musiał wyrzucać nas o
20-tej, bo zamykał szkołę, a ja miałem jeszcze dwie godziny jazdy
do domu autobusem. Moje małe Atari dostałem, jeśli dobrze pamiętam,
około dwa lata później. Było to 800XL, kupione w Pewex-ie za
oszczędności mamy.
Marcin Długosz
KZ:
Czy podążałeś tym samym tropem co większość
ówczesnych dzieciaków - najpierw gry, potem proste programowanie?
Niektórzy potem kontynuowali fascynację programowaniem większych
programów lub grzebaniem w sprzęcie.
MD: W wersji skróconej to tak wyglądało. Tak naprawdę krótki
okres kiedy lubiłem trochę pograć, pojawił się kilka lat później i
w większości były to gry już na Amidze 500. Na małym Atari też
trochę grałem, ale nie byłem jakimś fanatykiem gier. Wciągnęło mnie
programowanie, po krótkim epizodzie z BASIC-iem przeskoczyłem od
razu na asembler.
komputer Meritum I z monitorem Neptun oraz
magnetofonem i zasilaczem
Ogromnym brakiem w tamtym okresie był brak dostępu do informacji.
Praktycznie nie istniały pozycje, które mogły nam w tym pomóc.
Pamiętam, że jedyną pomocą w nauczeniu się assemblera była
opublikowana w „Audio Video” lista rozkazów Z-80. Myślę, że ogromną
pozytywną rolę odegrała współpraca, z pewną nutką rywalizacji, z
kolegą z klasy Markiem Góreckim. Byliśmy pasjonatami i dochodzenie
do różnych rozwiązań dawało nam autentyczną, niesamowitą radość. W
momencie kiedy dostaliśmy komputery Atari byliśmy już naprawdę
mocno zaprawionymi assemblerowcami Z80. Przejście na 6502, a to już
był moment kiedy kserowane pozycje literatury nie ograniczały nas
już tak bardzo, nie stanowiło najmniejszego problemu. Podobnie
wyglądało to ze sprzętem. Z racji szkoły i zainteresowań umieliśmy
tworzyć pewne proste rozwiązania sprzętowe i dobrze rozumieliśmy
rolę różnych układów komputera.
KZ:
Skoro wspominasz o szkole to dodajmy, że ZSEE czyli
Zespół Szkół Elektryczno-Elektronicznych w Bytomiu był słynny w
całej Polsce z powodu paru atarowskich dem, które stworzyli
uczniowie tej szkoły. Najbardziej chyba z "Dictum Acerbum" i
„Fucked Vacabulary”. Też tam się uczyłeś?
MD: Tak. Nasza szkoła była wylęgarnią różnych szaleńców
komputerowych :) i lgnęło do niej mnóstwo chętnych. W tamtym
okresie, w różnych latach, było zawsze od kilku do nawet kilkunastu
chętnych osób na jedno miejsce. Nawet teraz, działając dalej na
rynku IT odkrywam czasem z zaskoczeniem, że ktoś kończył właśnie
ZSEE.
pozdrowienia dla ludzi z ZSEE w demie
"Fucked Vocabulary
KZ:
Kogo znałeś z ówczesnych sław atarowskich? Gdzie się
poznaliście - w szkole, na giełdzie?
MD: Nie byłem raczej osobą, która jeździłaby na zjazdy czy
zloty pasjonatów Atari, więc jest to raczej ograniczone grono osób.
Oprócz Marka, z którym chodziliśmy do jednej klasy, było to trochę
osób z giełdy komputerowej w Baildonie (nazwa giełdy komputerowej w
Katowicach, odbywającej się w Domu Kultury Huty Baildon). No i
oczywiście właściciele Atares-u, którzy mieli swój wkład w
propagowanie różnych rozwiązań dla Atari. Prezesem Ataresu (była to
spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) był Marek Rosiński, ale
nie mam z nimi kontaktu i chyba już nie istnieją.
Marek mógł w demach wymieniać osoby z klasy, ale poza nami dwoma
nikt w naszej klasie nie programował. Sądzę, że mógł gdzieś
wymienić ksywkę Harry (to był Romek Harmansa, z którym w sprawach
Atari trzymaliśmy się razem), lub Krawiec (Jarek Krawczyk). Z poza
klasy obiła mi się o uszy ksywa Paskud, to chłopak chyba chodzący
do naszej szkoły i współpracujący/znający Marka.
KZ:
Jak zaczęła się i wyglądała współpraca z Markiem
Góreckim? Skoro tak dobrze się znaliście to pewnie mógłbyś
opowiedzieć trochę o jego programach i innych osiągnięciach na
Atari?
MD: Jak już wspomniałem, chodziliśmy do jednej klasy i
siedząc jeden za drugim w ławkach szkolnych, prowadziliśmy ożywione
dyskusje komputerowe. Po fazie „meritumowej” obaj zostaliśmy
szczęśliwymi posiadaczami małych Atari. Był to okres, w którym
zaczynały rozpowszechniać się różnego rodzaju systemy „turbo” do
magnetofonów. Na Śląsku popularność zaczął zdobywać system
Blizzard, w przypadku którego największy wkład w rozpowszechnienie
miała firma Atares z Chorzowa, choć z tego co wiem, nie byli jego
twórcami.
Marek zaproponował inną, ulepszoną wersję sprzętową takiej
przeróbki magnetofonu. Każdy z nas zaczął też pisać różnego rodzaju
loadery i programy kopiujące dla tego systemu. Zaczęliśmy na własną
rękę przerabiać magnetofony i dostarczać oprogramowanie związane z
Blizzard-em. Dostarczycielami magnetofonów do przeróbki w
większości byli koledzy z klasy, którzy w swoich miejscach
zamieszkania działali na zasadzie akwizytorów :). Pamiętam, że w
szczytowych momentach każdy z nas miał dziennie do przeróbki nawet
kilkanaście magnetofonów, które po przerobieniu w nocy w domu,
wieźliśmy na rano do szkoły.
Marek miał spory zmysł estetyczny i wciągnęło go tworzenie dem.
Wiem że wiele ich tworzył i potem mi je pokazywał. Ja nie miałem
ani zdolności graficznych, ani muzycznych, więc był to w całości
jego obszar. Wspólnie fascynowało nas jednak wykorzystywanie jakiś
specyficznych cech ANTIC-a, GTIA czy POKEY-a. Wiem też, że
powszechnie znana jest napisana przez Marka gra "Nexuss", w stylu
arcanoida, którą chciał lub nawet wysłał na jakiś zagraniczny
konkurs.
Takim sztandarowym efektem naszej współpracy jest powstanie
prostego digitizera dźwięku pod szumną nazwą "Crystal Sound". W
całości, zarówno od strony pomysłu, sprzętu jak i oprogramowania,
jest naszym wspólnym dziełem. Cała historia związana z jego
powstaniem i próbą uruchomienia produkcji i dystrybucji bawi mnie
zresztą do dziś.
Wpadłem na pomysł wykorzystania układu scalonego wyświetlającego
linijkę diodowa w wieżach stereo do digitalizacji dźwięku. Potem
razem z Markiem jeżdżąc tramwajem zastanawialiśmy się czy
przetwornik ten jest wystarczająco szybki, bo przecież pierwotnie
miał zupełnie inne przeznaczenie. Zastanawialiśmy się też czy
lepiej wykorzystać punkt świetlny (UL1970) czy właśnie linijkę. Nie
pamiętam już dlaczego wybór (może nie udało mi się kupić innego w
BOMIS-ie) padł na linijke (UL1980). Sprawdziłem, że prędkość
digitalizacji jest spora no i się zaczęły ... prawdziwe rozterki
młodych konstruktorów.
Jak tu stworzyć proces produkcyjny (ha ha) takiego urządzenia w
czasach, gdy niczego nie można było kupić w sklepach? Najprostszym
sposobem było wykorzystanie wejść joystic-owych, do których
podłączylibyśmy jakieś pudełko z naszym urządzeniem. Pałętaliśmy
się po mieście, wchodząc do przypadkowych sklepów i patrząc czy w
którymś nie ma plastikowych opakowań, które można by było do tego
wykorzystać. W chwili rozpaczy weszliśmy do sklepu z artykułami
szkolnymi i przyszło olśnienie. Podłużne temperówki ! Miały nawet
wejście na kabel :). Były kretyńsko oklejone, więc moczyłem je w
wodzie, aby to odkleić. Cóż z tego, zostawały na nich paskudne
ślady kleju. Trzeba było wymyślić jakieś etykiety, które
naklejaliśmy na pudełko, aby tego kleju nie było widać. Nożyk był
do wyrwania, a dziurka z zatyczki była idealna na przyszłe kable.
Płytkę z elektroniką dobraliśmy rozmiarami do wielkości temperówki.
Było ciasno, ale się zmieściła. Kolejna sprawa - z wtyczką do
magnetofonu (taka stara okrągła, chyba miała pięć bolców) poszło
już łatwiej, można ja było kupić bez problemu w sklepach
elektronicznych.

Crystal Sound
Jednak wtyczki do joystick-ów to był kolejny "koszmarny" problem.
Nigdzie nie można ich było zdobyć. Cały proces planowania
"produkcji" mógł wziąć w łeb. No, ale po temperówkach wiedzieliśmy
już, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Kolega z klasy, Jarek
Krawczyk, wpadł na pomysł że jako "wielcy biznesmeni" powinniśmy
się udać do samego centrum, na Grzybowską do Warszawy. Oczywiście
dla odpowiedniej otoczki musieliśmy to zrobić samolotem.
Pojechaliśmy do Pyrzowic no i tak udało mi się po raz pierwszy
lecieć samolotem. Na Grzybowskiej szukaliśmy jakiegoś dostawcy do
"hurtowych" dostaw wtyczek do joystick-ów. Nie umiem opanować
śmiechu, jak to sobie teraz przypominam. Poszukiwania spełzły na
niczym i wracaliśmy na tarczy. Jednak Jarek nie poddał się i mając
jakieś znajomości w Merze w Zabrzu, załatwił możliwość kupowania z
ich magazynów. Kupiliśmy te wtyczki, wróciłem do domu i kanał.
Miały takie blaszki z boku z dziurkami na śrubki do przykręcania i
nijak nie chciały sensownie wejść do gniazda w mojej osiemsetce. No
to wyrwałem te plastikowe środki z tych blaszek, ale bez blaszek
same środki rozpadały się na dwie części i były nie do użytku.
Znowu impas i szukanie pomysłu co z tym zrobić. Nie pamiętam już
który z nas wpadł na pomysł, ze można wykorzystać plastikowe
wtyczki antenowe. Wyrywaliśmy bolce z tych wtyczek i zostawała taka
ładna plastikowa cześć do której można było włożyć środki z wtyczek
do joy-a. Kleiliśmy to jakąś taką czarno-brązową breją, która była
klejem.

Pisanie softu było w tym wszystkim najłatwiejszym i
najprzyjemniejszym etapem. Stworzyliśmy trzy główne programy, które
potem rozprowadzaliśmy razem z urządzeniem. Marek napisał dwa z
nich - program do digitalizacji i do tworzenia dem, ja napisałem
program do digitalizacji z możliwością obrazowania wczytanego
dźwięku. Ze scalaków papierem ściernym usuwaliśmy oznaczenia, aby
opóźnić moment skopiowania naszego dzieła. Na początku była to
spora ciekawostka, bo jak pamiętam nie było podobnego, taniego
rozwiązania, zrobionego chałupniczą metodą. Znając właścicieli
Ataresu, udało nam się potem szybko zrobić kolejny krok z
profesjonalna już, w porównaniu do temperówkowej, wersją w
kartridżu.
KZ:
Czy pamiętasz nazwy tych programów, które
stworzyliście do interfejsu "Crystal Sound"? Może masz ich
kopie?
MD: „Digitizer” oraz „Demo Creator” napisane przez Marka,
oraz „Digi Display” mojego autorstwa. Sprzedawaliśmy to w pakiecie
razem z samym digitizerem. Mam jeszcze kasetę z tymi programami,
ale co zostało z zapisu na niej po dwudziestu kilku latach - to nie
mam pojęcia. Mam też dwa kartridże z późniejszą wersją digitizera,
ale też nie wiem czy jeszcze działają.
KZ:
O uszy obiło mi się, że maczałeś palce nie tylko w
"Crystal Sound", ale także w czymś, co zwało się "Flash Turbo".
Osobiście się z tym rozszerzeniem stacji dysków nie spotkałem. Czy
masz opis tego rozszerzenia, jakąś dokumentacje, pliki ROM?
MD: Flash Turbo to już jest era post-magnetofonowa, miałem
wtedy stację dysków LDW2000. Podobnie jak w przypadku magnetofonów,
na rynku zaczęły się pojawiać różne modyfikacje zwiększające
prędkość transmisji danych, czy też pojemności dyskietek.
Obejrzałem chyba TOMS-a i postanowiłem, że zrobię turbo, w którym
osiągnięte zostaną maksymalne, fizycznie możliwe na tym sprzęcie,
prędkości transmisji z oraz do stacji, a także maksymalna pojemność
dyskietki. Wyzwanie było spore jak dla jednej osoby.
W stacji „siedział” dobrze mi znany Z-80, ale nie miałem żadnego
komputera z assemblerem dla Z-80 (do Meritum miałem magnetofon i
nie chciałem ryzykować). Najpierw napisałem więc cross-asemblera na
Atari dla Z-80, tak abym mógł swobodnie pisać oprogramowanie samej
stacji dysków. Samo to było ciekawym projektem, a było to po prostu
stworzenie narzędzia, aby w ogóle zacząć takie „turbo” tworzyć. W
przypadku prędkości transmisji udało się wykorzystać maksymalne
możliwości POKEY-a (już nie pamiętam dokładnej wartości, albo było
to 115 kb/s albo sto dwadzieścia kilka kb/s).
W przypadku pojemności dyskietek problem był trudniejszy. Wymagał w
zasadzie poznania fizycznych podstaw zapisu danych. Pomiędzy
sektorami występują tak zwane gapy, które muszą wystąpić, aby układ
odczytujący odnalazł prawidłowo początki sektorów, a które wprost
nie niosą informacji, a zajmują tylko miejsce. Wydłużyłem więc
sektory do 1kB, na ścieżce zmieściło się ich 6, do tylu też
zmniejszyła się ilość obszarów z gapami. Pamiętam też, że wymagało
to jakiegoś dodatkowego tricku z programowaniem samego układu w
stacji, realizującego zapis. Ale się udało. Przy 40 ścieżkach i 6
jednokilobajtowych sektorach na ścieżce, na jednej stronie
dyskietki mieściło się 240 kB.
Co z tego jednak, że można było uzyskać taki zapis, jak nie było
oprogramowania pozwalającego na jego obsługę. Kolejnym krokiem jaki
musiałem zrobić było więc napisanie DOS-a obsługującego
nowopowstały format. I tak powstał "FlashDOS". Zarówno stacja, jak
i "FlashDOS" obsługiwały też, dla zgodności, wszystkie pozostałe
formaty. Wszystkie prace z tym związane, zjadły mi całe letnie
wakacje. Potem odpowiednią umową, wszystkie prawa majątkowe
sprzedałem firmie Atares. Umowa jest z początku 1991 roku, więc
podejrzewam, że "FlashTurbo" powstało w wakacje 1990 roku. Żałuję,
że nie zachowałem niestety kopii żadnych plików, epromów i innych
elementów z tym związanych (tak naprawdę, mam jakąś dyskietkę 5,25
z opisem Atares, więc podejrzewam, że z jakimiś plikami tworzonymi
w ramach współpracy, ale ponieważ nie mam jak jej odtworzyć, to nie
mam pojęcia co na niej może być, nie wiem zresztą czy po tylu
latach da się ją jeszcze odczytać).
KZ:
Czuję, że możesz opowiedzieć jeszcze inne historyjki
o tworzeniu oprogramowania i hardware na Atari...
MD: Z większych programów dla Atari pamiętam, że napisałem
program o nazwie "Opener". Był to rodzaj programu debugującego,
który pozwalał na wczytanie innego programu i jego wszechstronną
analizę, łącznie chyba z deasemblacją w postaci możliwej do
wyeksportowania, pracą krokową, itp. W praktyce tworzyłem z jego
pomocą wersje gier z „nieśmiertelnością” i innymi efektami.
Ze spraw sprzętowych pamiętam, że zrobiłem też pióro świetlne wraz
z odpowiednim oprogramowaniem, ale nie działało to zbyt dobrze i
poszło w kąt.
Z ciekawostek pamiętam też konstrukcję pozwalającą wczytywać obraz
z kamery. Tu znów przydał się Jarek Krawczyk mający znajomości w
różnych miejscach. Załatwił skądś kamerę przemysłową, a ja
zbudowałem układ pozwalający na wczytywanie z niej obrazu do mojej
osiemsetki, oczywiście przez nieśmiertelne wejście joystickowe.
Ponieważ ich szybkość, jak i możliwa do uzyskania programowo
szybkość odczytu była niewystarczająca do bieżącego odczytu obrazu,
trzeba było dane zbuforować.
Konstrukcja była karkołomna, a brak części i odpowiednio pojemnych
pamięci jeszcze utrudniał sprawę. Przy DRAM-ach, które miały jakąś
w miarę przyzwoitą pojemność miałem problemy z odświeżaniem, a
SRAM-y były drogie i mało pojemne. W końcu oparłem układ na
SRAM-ach 2114, które mając pojemność 0,5 kB pozwalały na
zapamiętanie jednej linii obrazu z rozdzielczością 4 poziomów czyli
dwóch bitów na punkt. Poprzez odczyty kolejnych linii obrazu
transmitowałem cały obraz. Siłą rzeczy musiał to być obraz stały,
bardziej zatem przypominało to rodzaj skanera. Ale działało całkiem
całkiem.
Oczywiście jak widać z opisu, jako produkt komercyjny nie nadawało
się to do niczego. Było taką ciekawostką w tamtych czasach, bo nie
widziałem wtedy nigdzie, aby ktoś wprost wczytywał obraz z kamery
do małego Atari. Jak pokazałem to rozwiązanie właścicielom Ataresu
i zobaczyli możliwość analizy obrazu to zapalili się do pomysłu
stworzenia telegazety obsługiwanej przez komputer (mało telewizorów
miało ją wtedy, a te które miały pamiętały do kilku stron), gdzie
można by wczytać całą jej zawartość i przeglądać. Poległem wtedy
jednak znów na braku części (nawet oni nie byli w stanie załatwić
odpowiednich kwarców) i pomysł nie wyszedł poza wstępną
koncepcję.
w wielu demach z samplami wspomina się o
"Crystal Sound" - tutaj demko "Sky Computer Network"
KZ:
Dlaczego porzuciłeś Atari - kiedy to się
stało?
MD: Wszystko działo się płynnie. Tak samo jak przeszedłem z
komputerów Meritum na Atari 800XL, tak potem kupiłem Amigę, a zaraz
potem nastała powszechna era PC. W pewnym momencie miałem taki
długi stół w swoim pokoju, na którym stał właśnie Meritum, potem
Atari, Amiga i PC AT z dyskiem 40MB i przełącznikiem turbo z 8MHz
na 12MHz :).
KZ:
Czy teraz masz ochotę po latach wrócić do zabawy z
Atari, odwiedzasz fanowskie strony, uruchamiasz emulator?
MD: Emulator pobrałem kilka lat temu na swój PC i
uruchamiałem nawet różne gry. Wywołują fajne wspomnienia. Fanowskie
strony Atari odwiedziłem przypadkowo w tym roku. Dopisałem dwa,
trzy wpisy w tematach związanych z "Crystal Sound" (
tutaj
oraz
tutaj - Kaz), a potem pochodziłem po różnych innych
stronach, odkryłem że istnieje coś takiego jak Atariki () i rzesza
osób która stara się ocalić pamięć o tamtych czasach. Fantastyczna
sprawa, nie wiedziałem że takie ruchy wciąż trwają. Wielki szacunek
dla wszystkich, którzy takie strony tworzą i wypełniają
wspomnieniami.
KZ:
Jakieś plany atarowskie na przyszłość? Realizacja
nieukończonego projektu albo realizacja jakiegoś wymarzonego w
starych czasach?
MD: Nie, raczej nie. Żałuję trochę że sprzedałem kiedyś
swoje Atari i może je kiedyś odkupię. A może nawet ktoś pomoże mi
wtedy dotrzeć do LDW 2000 z "Flash Turbo" i "FlashDOS". Bo
egzemplarz kartridżowy "Crystal Sound" mam! Mam nawet
„temperówkowy”, ale bez tej wtyczki magnetofonowej. Ciekawy byłbym
reakcji moich dzieci na taki sprzęt :).
KZ:
Na koniec pytanie o to, czy Twoja atarowska pasja
miała wpływ na dorosłe życie - czy Twoja aktualna praca jest
związana z elektronika/komputerami?
MD: O tak. Na początku lat 90-tych napisałem oprogramowanie
KS-APTEKA dla aptek. Dziś kieruję zespołem, który nadal go rozwija,
a system ma już kilkanaście tysięcy użytkowników i pracuje w
większości aptek w Polsce. Co ciekawe, cała nasza trójka wymieniona
w tekście, czyli Marek, Jarek i ja, zaraz po skończeniu technikum
wylądowała w jednej grupie na dziennej informatyce na Politechnice
Śląskiej w Gliwicach, więc kontynuacją naszej przygody z małymi
komputerami było już później przekształcenie naszych pasji w
zawód.
KZ:
Dziękuję za rozmowę.