Marek Cora:
Na początek poproszę o parę słów o
Tobie.
Mariusz Rozwadowski: Nazywam się Mariusz Rozwadowski,
rocznik ‘75, mieszkaniec Sosnowca. Miłośnik historii, starych
komputerów, pasjonat gotowania oraz podróżowania. Na scenie i w
internecie znany jako Ramos.
Mariusz "Ramos" Rozwadowski
MC:
Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z
komputerem?
MR: Jak wielu moich rówieśników pierwszy raz zetknąłem się z
komputerami poprzez magazyny takie jak „Bajtek” czy „Komputer” oraz
u znajomych posiadających te fascynujące urządzenia. Swój pierwszy
komputer dostałem dosyć późno, bo w roku 1990 w prezencie za dobrze
zdane egzaminy do technikum. Było to Commodore 64. Jeśli chodzi o
komputer Atari, to trafił do mnie w 1995 lub 1996 roku. Pamiętam,
że dałem za niego jakieś stare organy, które i tak nie były mi do
niczego potrzebne.
MC:
Intrygujące jest też to, że w roku 1995, który przez
wielu uważany jest jako początek końca 8-bitowców, nabyłeś 8-bitowe
Atari. Skąd chęć posiadania akurat tego sprzętu?
MR: Od początku pociągały mnie komputery ośmiobitowe, bo to
na nich ludzie-pasjonaci najlepiej pokazywali, jak można pokonać
ograniczenia sprzętu. Jeśli producent komputera twierdził, że nie
da się stworzyć np. teksturowanych wektorów, to zawsze znalazł się
ktoś, kto je zrobił. Komputer Atari w tym czasie znacznie
rozbudowywano o rzeczy, które zapewne nie śniły się jego twórcom –
jak stereo, dodatkowa pamięć itp. To przekraczanie możliwości
sprzętu nierozłącznie wiązało się z działalnością scenową, w której
chciałem uczestniczyć.
MC:
Pierwsze lata użytkowania to dla wielu z nas gry, gry
i jeszcze raz gry. Kiedy u Ciebie nadszedł ten moment, że gry
przestały wystarczać i pojawiła się chęć tworzenia czegoś
więcej?
MR: Era grania trwała mniej więcej dwa lata, później
przyszedł czas na pierwsze proste gierki w BASIC-u, a po nim
pierwsze rzeczy w assemblerze. Zawsze chciałem coś tworzyć, ale
przeważnie robiłem to dla samego siebie, większość wędrowała do
szuflady. Jako że coś tam umiałem, chciałem podzielić się swoimi
pracami i pokazać je jeszcze komuś. Tak znalazłem się na
demoscenie. Zaczynałem jako grafik, później przez dłuższą chwilę
jako muzyk, aż w końcu zostałem swaperem. Po jakimś czasie stałem
się jednym z czołowych swaperów w Polsce.
MC:
Jak trafiłeś na demoscenę i w jakich okolicznościach,
gdzie?
MR: Wszystko zaczęło się latem roku 1993, kiedy byłem z
ciotką i wujkiem na wczasach w Szczyrku. Trochę z nudów, kupiłem w
kiosku RUCH-u pismo „KEBAB” i znalazłem tam mnóstwo ogłoszeń ludzi
chcących powymieniać się doświadczeniami na C64 albo szukających
konkretnych osób do swojej grupy. Po przyjeździe do domu od razu
napisałem do kilku i nawet ktoś mi wtedy odpisał. Pod koniec roku
założyłem grupę Samar, która istnieje do dnia dzisiejszego. W
grudniu 1993 roku wybrałem się z członkami grupy na copy party do
Tarnowa. To tam wszystko się zaczęło, poznałem mnóstwo fajnych
ludzi i zobaczyłem pierwsze demo na Atari. Była to produkcja grupy
Zelax, która jak na tamte czasy fajnie się prezentowała. Tak
naprawdę to bardzo długa historia, więc żeby nie zanudzać, tu
przerywam wspomnienia, a zainteresowanych odsyłam pod adresy
wspomnienia
Ramosa i
artykułu na AtariOnline.pl. Tam osoby zainteresowane mogą
dokładniej poznać mnie i moją ośmiobitową historię :).
MC:
Skąd pojawił się pomysł i inspiracja do napisania
książki o polskich grach? Jak to się właściwie zaczęło i
potoczyło?
MR: Tematyka polskich gier komputerowych i ich twórców była
przeze mnie poruszana wielokrotnie w artykułach i wywiadach
pisanych do magazynu „C&A Fan”, którego jestem redaktorem
naczelnym. Takich rozproszonych materiałów jest w sieci całkiem
sporo – niestety jest to wiedza nieuporządkowana, porozrzucana,
wyrywkowa i jeśli ktoś chciałby zdobyć w miarę kompletny obraz
historii gier w Polsce, skazany jest na żmudne poszukiwania. Miałem
nadzieję, że szerzej omówi zagadnienie Piotr Mańkowski, lecz jego
„Cyfrowe marzenia” traktują polskie gry jako ciekawostkę, dodatek
do gier zachodnich. To niesprawiedliwe ujęcie, bo przecież
wychowywaliśmy się na polskich grach, często są dla nas ważniejsze
niż tytuły zagraniczne, wiąże się z nimi wiele ciepłych wspomnień.
Szkoda, żeby przepadły. Zabrałem się za pisanie. Pewnego dnia,
szukając materiałów do książki, natrafiłem na fajny artykuł
Bartłomieja Kluski o starych grach. Napisałem do niego list, a
także zdradziłem mu pomysł stworzenia większej publikacji o
polskich grach. Okazało się, że w tym czasie Bartek też już pisał
coś takiego. A po co pisać dwie książki, skoro można połączyć siły
i wspólnie napisać jedną – lepszą?
MC:
Jak, podczas pisania książki, docierałeś do
konkretnych osób tworzących gry w przeszłości i jaki jest ich
stosunek do retro obecnie?
MR: Z tym to było różnie. Ze scenowych czasów znałem dużo
osób z kręgu C64, Atari i trochę z Amigi, więc dotarcie do nich nie
było problemem – chętnie odpowiadały na pytania, ujawniały nieznane
ciekawostki z dawnych lat. W innych przypadkach pomocny okazał się
internet. Odwiedziłem różne dziwne fora, serwisy społecznościowe,
strony retro o grach i masę takich nie związanych z komputerami.
Czasami trzeba było zadzwonić do różnych firm i spytać o konkretne
osoby, a czasami poprosić o pomoc. Niektóre poszukiwania prowadzone
były na oślep, bo nie miałem pojęcia, co teraz porabia dana osoba i
czy to naprawdę ona. „Nasza klasa” chciała zablokować mi konto, gdy
wysyłałem do jej użytkowników dziesiątki wiadomości z zapytaniem,
czy dana osoba to ta, która np. pisała kiedyś coś na Spectrum, czy
to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk :). Czasem pomagało
szczęście. Tak było np. w przypadku szukania informacji o pierwszej
polskiej konsoli do gier (TVG-10), gdy trafiłem na forum byłych
pracowników firmy Elwro. Oni mnie skierowali do pewnej osoby, która
nie miała pojęcia o tej konsoli, jednak opowiedziała mi historię
napisania pierwszej gry na komputer Odra :).
Większość osób pytanych o dawne czasy była zaskoczonych, że ktoś
jeszcze interesuje się ich młodzieńczymi zabawami na komputerze,
ale z chęcią opowiadali to, co jeszcze pamiętali. Byli też ludzie
(jak Wojciech Zientara), którzy nie zachowali żadnego sentymentu do
ośmiobitowców. Ot, zajmowali się kiedyś nimi dla pieniędzy, a teraz
robią coś zupełnie innego (pan Wojciech żegluje) i nie bardzo mają
ochotę na wspomnienia. Niektórzy to teraz ważni prezesi ważnych
spółek i tym bardziej trudno było ich namówić do zwierzeń, niemniej
w paru przypadkach się udało :).
MC:
Pisząc tę książkę, celowałeś, jak sądzę, w pewne
grono osób zainteresowanych tą tematyką w przeszłości i obecnie. Na
pewno macie plany co do liczby sprzedanych egzemplarzy. Jak sądzisz
- ilu ludzi w Polsce interesuje ta tematyka?
MR: Publikacja jest oczywiście wycelowana w pewną niszę, nie
spodziewam się więc, by „Bajty polskie” stały się bestsellerem
EMPiK-u, niemniej da się zauważyć wzrost zainteresowania tematyką
historii gier komputerowych. Często nie wykracza to ponad
nostalgiczne wspomnienia, jak to kiedyś fajnie grało się w Robbo
czy Franko, ale ludzie zaczynają szukać głębiej. Zamiast szperać po
internetowych wywiadach, recenzjach, fragmentach wspomnień itp.,
dostaną kompletną, uporządkowaną wiedzę w postaci książki.
MC:
Czy udało Ci się zdobyć jakieś materiały nie
publikowane nigdzie i nigdy, np. na temat gier które nigdy nie
zostały wydane, skończone?
MR: Oczywiście w książce koncentrowaliśmy się na
najważniejszych wydarzeniach, postaciach i tytułach, ale udało nam
się dotrzeć również do mniej znanych twórców, dla których jedyną
szansą na „publikację” ich gier była np. emisja w „Radiokomputerze”
lub wydruk listingu w „Bajtku”. Potrafili oni podać często zupełnie
zapomniane detale i ciekawostki, spojrzeć na zjawisko z perspektywy
totalnych pasjonatów, którzy bez myśli o zysku, dla czystej
satysfakcji, w domowym zaciszu przygotowywali często bardzo
interesujące projekty.
Dużo miejsca poświęciliśmy również próbom odszukania najstarszych
polskich gier na mikrokomputery, a także opisaliśmy – jako pierwsi
– możliwie kompletną historię firmy Karen, więc mam nadzieję, że
usatysfakcjonowani będą wszyscy czytelnicy. I ci, którzy chcą
odświeżyć sobie pamięć, wspominając rzeczy najistotniejsze (jak np.
dzieje LK Avalon), jak i ludzie zainteresowani nowymi faktami. Na
przykład pierwszą polską grą komputerową, która powstała jeszcze na
komputerze Odra 1003 :).
MC:
Co sprawiło największą trudność przy pisaniu?
MR: Podstawowa trudność tkwiła w umiejętnym odróżnianiu
plotek od prawdy. W sieci jest mnóstwo informacji o historii
polskich gier, niestety dużo z nich bywa przekłamanych. Docieranie
do ludzi, którzy mogą potwierdzać dane fakty, to wyjątkowa żmudna i
czasochłonna sprawa. Wysyłałem setki maili i czekałem – czasem
odpowiedź przychodziła po paru tygodniach, a czasem nie
przychodziła w ogóle. Niekiedy ludzie odpowiadali i chcieli pomóc,
ale sami nie pamiętali, mylili się, przy okazji wprowadzając mnie w
błąd. Tak było np. z informacją o innym niż powszechnie znane typie
konsoli Ameprod TVG-10. Długo podążałem jej śladem tylko po to, by
w końcu ustalić, że to jakaś amatorska przeróbka pojedynczego
egzemplarza, o której ktoś inny napisał, że to nowy model. W ogóle
TVG-10 to jeden z najbardziej zagadkowych sprzętów w historii
polskiej elektroniki – nikt się do niego nie przyznaje, a pytani
przeze mnie inżynierowie z Elwro sprawiają wrażenie, jakby nie
wiedzieli, kto tak naprawdę zaprojektował tę zabawkę.
Nie udało się również dotrzeć do kogoś, kto wie więcej o innej
konsoli do gier produkowanej w Polsce, UNIMOR Tele-Set GTV 881.
Poznałem tylko osobę, która grała na niej w dzieciństwie, ale ona
też niewiele pamięta. Nawet w archiwum zakładowym UNIMOR-u nie
zachowały się żadne informacje na ten temat, a przecież polskie
„gry telewizyjne” to ogromna rzadkość. Będziemy z Bartkiem
próbowali dalej badać to zagadnienie.
MC:
Masz plany na przyszłość, związane z napisaniem
kolejnej książki?
MR: Pracując nad książką, często stawaliśmy przed
koniecznością wyboru: co opisać, a co pominąć, by lektura nie
zamieniła się w monotonną, nużącą wyliczankę tytułów, autorów,
wydawnictw. W efekcie staraliśmy się wybierać rzeczy najciekawsze,
najważniejsze, najbardziej charakterystyczne. Sporo materiałów
pozostało niewykorzystanych, a historia polskich gier i polskich
komputerów kryje w sobie jeszcze mnóstwo ciekawych opowieści,
dlatego zamierzamy kontynuować naszą współpracę. Są już pierwsze
plany, ale jest to jednak tylko hobby, sposób spędzania wolnego
czasu, a każdy z nas ma jeszcze pracę, rodzinę i obowiązki, więc
oczywiście ciężko podawać jakieś szczegóły czy terminy.
MC:
Jak wyglądała współpraca ze współautorem książki? Czy
podzieliliście się jakoś tematycznie zakresem prac?
MR: Na początku ustaliliśmy zakres tematyczny i
chronologiczny, za pewne symboliczne momenty uznając tutaj
narodziny „Bajtka” (1985) i upadek „Top Secret” (1996).
Najciekawszym, ale i najbardziej żmudnym etapem przygotowań było
zbieranie materiałów. Ja koncentrowałem się na wywiadach z ludźmi,
Bartek na przeglądaniu roczników czasopism z epoki. Przy czym
czasem trzeba było sięgać także do prasy zagranicznej – jak np. w
przypadku ustalania autorstwa gier na Meritum, by stwierdzić, czy
mamy do czynienia z grą krajową czy z kodem przepisanym z jakiegoś
amerykańskiego miesięcznika dotyczącego komputera TRS-80. Później
następował moment selekcji. Wychodząc z założenia, że lepiej u
czytelnika wywołać uczucie lekkiego niedosytu niż przesytu,
zmuszeni byliśmy oddzielać te informacje, które wykorzystamy w
„Bajtach polskich”, od tych, dla których miejsce znajdzie się w
naszych przyszłych projektach. Dalej zostawało już tylko
przetworzenie wszystkiego na słowa pisane, a jeśli ktoś czytał
poprzednią książkę Bartka, „Dawno temu w grach”, mniej więcej wie,
czego może się spodziewać.

MC:
Jeżeli chodzi o sprzęt w przeszłości w Polsce, to -
nie da się ukryć - że królowały Atari i (nieco później)
Amigi.
MR: Przeczą temu choćby ankiety przeprowadzane wśród
czytelników „Bajtka” i „Top Secret”, jak również badanie aktywności
posiadaczy dawnych komputerów. Na samym początku najpopularniejszym
mikrokomputerem w Polsce było niewątpliwie ZX Spectrum, po
wprowadzeniu przez Lucjana Wencla ośmiobitowych Atari do sieci
sklepów Pewex i zapewnieniu im serwisu gwarancyjnego przez firmę
Karen, to właśnie te komputery stały się najbardziej powszechne i
utrzymały ten tytuł aż do roku 1992, gdy wyprzedziło je Commodore
64. W 1994 roku na krótko zarysuje się dominacja Amigi, a od 1995
niepodzielnie rządzić będzie pecet. Jak zatem widać, każdy komputer
miał swój „moment”, nie da się jednak ukryć, że moment Atari XL/XE
trwał zdecydowanie najdłużej.
MC:
Jak to wygląda procentowo w książce? Czy najwięcej
poświęcono Atari właśnie, czy też staraliście się to jakoś inaczej
rozłożyć, aby trafić w jak największe spektrum czytelników?
MR: Nie faworyzowaliśmy żadnego komputera, staraliśmy się
zachować obiektywizm, choć wiadomo, że ja jestem związany przede
wszystkim ze sceną Commodore, a Bartek to zatwardziały atarowiec
:). Czy udało nam się wyważyć środek ciężkości, ocenią czytelnicy,
niemniej trzeba pamiętać, że to właśnie posiadacze małego Atari (bo
było ich – dzięki działalności Lucjana Wencla – najwięcej i
komputer ten przez ponad 5 lat dominował w polskich domach) byli
najbardziej twórczy. Goście AtariOnline.pl nie muszą się zatem bać,
że ich ulubionej maszynki zabraknie w książce :).
MC:
Skoro pozostaliście tylko przy jednym tomie, sporo
materiałów być może nie ujrzy światła dziennego. Wśród czytelników
może zrodzić się obawa, że nigdy nie ujrzą światła dziennego. Czy
rozważacie umieszczanie ich na portalach internetowych dla
czytelników?
MR: O historii gier można pisać bardzo dużo, będziemy robić
to my i mam nadzieję, że wiele innych osób. Materiały, których nie
wykorzystaliśmy w książce, oczywiście nie zmarnują się i powędrują
na odpowiednie strony poświęcone danemu komputerowi, w tym również
na łamy AtariOnline.pl!
MC:
Czy w swojej książce skoncentrowaliście się na
chronologicznym przedstawieniu faktów, czy też ma ona także
charakter opiniotwórczy i zawiera także szereg komentarzy i Waszych
spekulacji (co by było gdyby)?
MR: Książka jest publikacją historyczną i choć napisana
została językiem popularnym, staraliśmy się pracować jak historycy.
Nie ma w niej zatem miejsca na gdybania czy prywatne opinie autorów
– są opisane fakty, tak jak miały miejsce i tak jak były odbierane
przez uczestników tych zdarzeń. To ich, a nie nasze, opinie są
najważniejsze.
MC:
Co sądzisz o scenie retro obecnie? Czy to chwilowy
trend wśród głównie 30-40 latków, czy zjawisko, które (mimo iż
niszowe) będzie miało stały charakter, bo zawsze znajdą się jacyś
fanatycy?
MR: Obecnie jest moda na retro, nostalgię, tęsknotę za
latami dzieciństwa. Bardziej widać to np. po scenie muzycznej,
mniej w przypadku gier komputerowych. Na Zachodzie jest to
prawdziwy biznes, sklepy, gdzie można kupić stare oryginalne gry,
stare komputery, dodatki do innych. U nas często takie rzeczy
lądują po prostu na śmietniku. Poza tym jest to zjawisko stosunkowo
płytkie, nie wykracza poza banalne wspomnienia, jak mówiłem, mało
osób chce szukać głębiej. Może ułatwią to „Bajty polskie”. Pisząc
książkę, zobaczyliśmy, jak bardzo ulotne jest to zjawisko. Może
okazać się, że ta wiedza wkrótce bezpowrotnie zniknie wraz z nami,
bo zainteresowanie młodego pokolenia grami sprzed 20 lat jest
niewielkie. Jak będzie w przyszłości – trudno zgadywać, niemniej
mam nadzieję, że nasza książeczka trochę pomoże uchronić od
zapomnienia te wzruszenia i pasje.
MC:
Dziękuję za wywiad. Trzymamy za słowo, jeżeli chodzi
o materiały nieopublikowane. No i najważniejsze pytanie na koniec:
kiedy książka będzie dostępna na rynku?
MR: Książka będzie dostępna w sprzedaży już od 17
października. Więcej informacji znajdziecie w prasówce napisanej
przez nas samych.