Na wstępie muszę stwierdzić, że nie zamierzałem się na party
wybierać. W starych dobrych czasach przedpecetowych miałem do
czynienia z różnymi komputerami i wracam do nich z sentymentu, ale
Atari ST nigdy nie było jednym z nich. ZX Spectrum, Atari XL w
końcu Amiga w punkcie kulminacyjnym jako bezdyskusyjnie najlepszy
komputer 16-bitowy. Niemniej nieostrożne wizyty na Silly Venture i
kontakty przez różne fora, zaowocowały w końcu wmieszaniem się w
ten krąg i w okolicach czerwca 2014 pewien powszechnie znany
człowiek z Gdańska skontaktował mnie z francuską grupą Hemoroids,
poszukującej kogoś, kto stworzyłby muzykę do dema, wystawianego na
organizowanym przez niego party. Zgodziłem się, zdając sobie
sprawę, że muzyk na scenie atarowskiej jest towarem deficytowym, co
nie dziwi specjalnie, biorąc pod uwagę dźwiękowe możliwości tego
komputerka. Demo wówczas do skutku nie doszło, ale plan pozostał i
tak ostatecznie powstał pomysł przyjazdu do Holandii. Trzeba w
końcu zobaczyć ludzi, którym oddaje się w ręce swoją muzykę - a nuż
coś popsują?..
Samolot z Dublina do Amsterdamu startuje o 6:50. Oznacza to pobudkę
o wyjątkowo niecywilizowanej godzinie, niemniej jednak kilka litrów
kawy, gorący prysznic i parę puszek tauryny czynią ten nadludzki
wysiłek możliwym i po 90 minutach lotu połączonego z drzemką
wylądowałem w tym uroczym mieście. Nieco wcześniej z Gdańska
wystartował inny wehikuł unosząc na pokładzie Barta, Pitera i Adama
K. Początkowy plan zakładał, że w Amsterdamie się do nich dosiądę,
jednak biorąc pod uwagę, że wymagałoby to lekkiego zboczenia z
trasy i wjazd do miasta zdominowanego przez rowerzystów, jak
również istnienie dogodnych i tanich połączeń z niezbyt odległą
Goudą, postanowiliśmy się spotkać dopiero na miejscu. Ponieważ
pociąg do Goudy jedzie raptem 50 minut, a party place i tak miało
być dostępne od 18, po wykupieniu biletu i zostawieniu bagażu w
szafeczce na dworcu, postanowiłem pozwiedzać miasto.
Uliczki Amsterdamu I
Każdy gdańszczanin w Amsterdamie powinien się poczuć jak u siebie –
architektura i atmosfera do złudzenia przypomina stary Gdańsk, co
nie dziwi tych, którzy wiedzą, że był on budowany w znacznym
stopniu przez holenderskich architektów. Główną różnicą jest
znacznie większa ilość kanałów, zdecydowanie większa ilość
wszechobecnych rowerów i nieco inny asortyment sklepów z
pamiątkami.
Uliczki Amsterdamu II
Typowy sklep z pamiątkami w
Amsterdamie
Po nabyciu dodatkowego plecaczka, przeznaczonego na obowiązkowe
pamiątki oraz skromnym posiłku, już w okolicach godziny 14
stwierdziłem, że mam dość chodzenia i powolutku wróciłem w okolice
dworca.
Dworzec Amsterdam Centraal
Pociągi do Rotterdamu przez Goudę odjeżdżają co pół godziny, a
podróż trwa mniej więcej 50 minut, więc już przed 16 znalazłem się
w krainie sera. Tam zorientowałem się, że popełniłem błąd i nie
zapisałem ani nazwy, ani adresu hotelu, w którym pozostali
uczestnicy wycieczki zarezerwowali nocleg, a w którym również ja
miałem partycypować. Telefon do wciąż znajdującego się w trasie
bolidu i próby wyartykułowania z drugiej strony trywialnej przecież
nazwy Hotel De Utrechtsche Dom pozwoliły mi się zorientować, że
znajduję się raptem 200 metrów od niego. Udałem się tam w nadziei,
że będzie mi dane zaczekać na resztę i podładować kończący się już
telefon – co okazało się prawdą i mogłem w końcu zakończyć
wielogodzinną podróż, podłączyć się do gniazdka i nieco odświeżyć.
Około 18 nadjechała wycieczka z Polski i udaliśmy się w kierunku
załadowanego sprzętem samochodu, a następnie na party place.
Hotel De Utrechtsche Dom
Szkoła GSG Leo Vroman jest bardzo ładnie położona pomiędzy dwoma
kanałami, dość stara i duża. Logowanie zostało logistycznie
umieszczone na portierni, gdzie każdy uczestnik miał za zadanie
odhaczyć się na liście, po czym otrzymywał identyfikator do
samodzielnego wypełnienia, papierową opaskę na rękę – której
stosowanie było traktowane dość umownie - oraz program imprezy i
miał okazję zamienić kilka słów z organizatorem wyjaśniającym
ogólne zasady dyslokacji.
Szkoła GSG Leo Vroman, czyli party
place
Richard aktualizuje mapę party
place
Tu miało miejsce pierwsze zaskoczenie, gdyż szkolna sala
gimnastyczna, umieszczona co ciekawe na piętrze, miała służyć
jedynie jako audytorium dla compotów i prelekcji, ze sprzętem
należało się natomiast lokować w klasach. Zajęliśmy salę chemiczną
na parterze i byliśmy nieco sceptyczni co do tej koncepcji, gdyż
wyglądało na to, że uczestnicy będą w znacznym stopniu rozproszeni.
Mimo iż pierwszy wieczór spędziliśmy właśnie tam, w towarzystwie
Sqwarda i jego ekipy, nasze obawy okazały się niesłuszne, gdyż
docierający zewsząd partyzanci w naturalny sposób zaczęli zajmować
największe pomieszczenie klasowe na piętrze z ustawionymi tam
ławkami i krzesełkami, znajdujące się w skrzydle równoległym do
sali gimnastycznej. Naturalnie było jeszcze kilka pobocznych
skupisk, głównie z pracującymi na ostatnią chwilę zespołami, a w
jednej z klas stanął spory namiot, w którym można było spędzić miło
parę chwil w zapachu kadzidełek (nie, nie, to były zwykłe, normalne
kadzidełka) i dźwiękach muzyki relaksacyjnej.

Namiot w stylu Zen
Ponieważ pierwszego wieczoru nie należało się spodziewać żadnych
spektakularnych wydarzeń, około 23 podjęliśmy z Adamem K decyzję,
że chyba pora odespać podróż i przygotować się na dzień następny.
Do hotelu oddalonego o ok. kilometr udaliśmy się spacerkiem, nad
kanałem pomysłowo udekorowanym rzędem choinek przez sam jego
środek. W tym czasie Bart z Piterem przenieśli stanowiska do dużej
sali na piętrze i tak zakończył się piątek.
Treeeees on the waaaater
Stanowisko początkowe, była chemia
W sobotę rano okazało się, że scentralizowana łazienka wymaga
pewnej samoorganizacji przy wycieczkach wieloosobowych, jeżeli chce
się uniknąć kolejek w slipkach na korytarzu. Udało nam się jednak
jakoś ogarnąć, zejść na śniadanie przed dziewiątą i sprawnie udać
na party place, gdzie ilość ludzi przez noc się zwiększyła i rosła
z każdą minutą. Bart zajął się dzielnie walką ze sprzętem mniej lub
bardziej niedziałającym, zyskując dozgonną wdzięczność
zgromadzonych. Te dziwne, szare komputerki jednak się psują, więc
zawsze jest zapotrzebowanie na doświadczonego człowieka z lutownicą
w rękach.
Panie, kto to Panu tak ..........
?
W kupie raźniej, więc większość czasu spędzaliśmy w sali głównej na
piętrze. Poznałem nowych ludzi oraz ujrzałem znajome twarze
widziane wcześniej na Silly Venture, w tym Freddiego z jego Atari
800XL. Freddie popijał z kolegą colę, co ciekawe, bez dodatku
alkoholu. Widać tak się da. Dookoła rozlegały się dźwięki
generowane przez 8-, 16- i 32-bitowe Atari, a ja z wolna zacząłem
rozumieć pasję tych ludzi i ich zamiłowanie do tych zabawnych
komputerków o ograniczonych możliwościach. Jest to zapewne rodzaj
sentymentalnego zauroczenia, które każe niektórym np. sklejać domki
z zapałek czy programować ZX81 i Atari 2600 – po prostu taka
perwersyjna przyjemność z kontaktu z technologią daleką od
perfekcji i pokonywaniem jej ograniczeń.
Dużo nas, dużo nas, do robienia
deeeemaa...
Z niepokojem stwierdziłem, że zaczyna mi się to podobać, więc
ponieważ nałóg dawał znać, że pora udać się na wycieczkę po innych
pomieszczeniach, gdzie może uda się wyłudzić jakąś kawę, czem
prędzej się tam udałem. Misja zakończyła się sukcesem a przy okazji
dostałem płytę z muzyką relaksacyjno-medytacyjną w namiocie, gdzie
cały czas czuć było kadzidełka (tak, zdecydowanie) i porozmawiać o
muzyce Jarre’a dobywającej się z głośników. W innej sali trafiłem
na zgromadzenie chiptune’owej elity z Jochenem "Mad Max of TEX"
Hippelem na czele.
Ja ci dam sample bluźnierco, chiptune ma
być!
Co to jest, za ile i dlaczego tak
drogo?
Tam też moją uwagę przykuło interesujące urządzenie, które okazało
się syntezatorem budowanym w ramach start-upu przez jednego z
gości. Po pytaniu o cenę i usłyszeniu liczby 800 (euro),
stwierdziłem, że nie mam akurat drobnych i zszedłem na dół, gdzie
czekała mnie niespodzianka, bo spotkałem tam człowieka, którego
niektórzy mogą kojarzyć pod nazwiskiem Rob Hubbard. Po oddaniu
przeze mnie normalnych w tej sytuacji pokłonów, podyskutowaliśmy
nieco na temat tworzenia muzyki chipowej niegdyś i dzisiaj.
Ponieważ Rob obecnie się tym nie zajmuje, opowiadałem mu o
narzędziach stworzonych współcześnie do tego celu i z przerażeniem
wysłuchiwałem opowieści o komponowaniu muzyki w assemblerze – mój
respekt dla niego rósł z każdą minutą. Rob jest ujmującym i
niezwykle skromnym człowiekiem, unikającym jakichkolwiek prób
robienia z niego gwiazdy, chociaż na pewno miło mu było gdy widział
jak wielu ludzi docenia to co robił, robi sobie z nim zdjęcia i
prosi o autograf.

Rob Hubbard zrobił sobie zdjęcie z autorem
relacji
(fot. Martin Friedel)
Zbliżała się godzina 11-a, wstępny deadline na wersję beta prac
konkursowych miał nastąpić za godzin pięć, więc należało odszukać
dwóch dzielnych Francuzów, usiłujących złożyć do kupy demo z moją
muzyką. Zdając sobie sprawę z problemów, które wynikały z
obciążenia CPU w Atari ST, gdy chce się wycisnąć z niego jakieś w
miarę sensowne brzmienie, odbyliśmy konferencję podczas której
udało nam się osiągnąć kompromis i otrzymałem zapewnienie, że teraz
to już bułka z masłem i „będzie Pan zadowolony”. W sali konkursowej
można było przetestować wersję beta na compo machine i widząc, że
istotnie pozostało parę poprawek, postanowiłem im zaufać i
pozostawić samym sobie, nie stresując ciągłą obecnością
wymagającego kontrolera jakości... Błąd :)
- Gdzie jest?
- Z tyłu siedzi. Powiedziałem mu że działa. Hyhyhy...
(fot. Mike Mee)
W międzyczasie odbyło się kilka prelekcji, w tym oficjalne
przedstawienie projektu Adama K – SNDH Record – którego celem jest
stworzenie dostępnej sieciowo kolekcji muzyczek SNDH w postaci
cyfrowej, w formatach mp3, ogg i flac. Założeniem jest nagranie z
prawdziwego sprzętu i w tym celu użyte zostało magiczne urządzenie
CosmosEx, które będąc niezależnym komputerem, pozwoliło w znacznym
stopniu proces zautomatyzować przy pomocy skryptów, sterując nie
tylko serwowaniem plików w odpowiednie miejsca, ale również np.
fizycznym naciskaniem odpowiednich klawiszy. Projekt jest w trakcie
realizacji i z minuty na minutę przybywają kolejne utwory, a
kolekcja jest dostępna pod adresem
http://sndhrecord.atari.org.
Na parterze stanęły dwie maszyny arcade, na których można było do
woli powyżywać się w R-Type i Asteroids. Ten drugi był w ciekawej,
rzadkiej wersji z podniesionym poziomem trudności - dolna połowa
ekranu była przedstawiona jako pojedyncza linia.
R-Type
Asteroids o podniesionym poziomie
trudności
W godzinach popołudniowych udało nam się odciągnąć Barta od
lutownicy i udaliśmy się na wycieczkę turystyczno-zaopatrzeniową,
najpierw do pobliskiego Lidla, a następnie do centrum Goudy.
- Jaguary są?
- Przed świętami, Panie?? Już dawno wyszli!
Cheeeese!
Prototyp nowego chipa muzycznego
Gouda jest uroczym miasteczkiem, pełnym sklepów z serem, kanałów
oraz miłych i uprzejmych ludzi. W samym centrum znajduje się piękny
ratusz i rynek, a o tej porze roku lodowisko. W drodze do centrum
odwiedziliśmy znajdujący się nieopodal hotelu sklep z używanym
sprzętem, w nadziei znalezienia tam może zapomnianych przez kogoś
starych komputerów, jednakże okazał się on zdominowany przez
interesujący skądinąd sprzęt audio. Udało się nam wypatrzyć
cartridge do NES-a, niestety sprzedający był świadomy ich wartości
i na niesamowite okazje nie było co liczyć :)
Żona mówiła, że przed świętami przydałby się
nowy mikser...
Na rynku odszukaliśmy przyczepę serwującą lokalne hamburgery oraz
stoisko prowadzone przez sympatycznego farmera i jego żonę. Po
degustacji produkowanego przez niego sera, nabyliśmy odpowiedni
zapas oraz poczęstowaliśmy się grzańcem serwowanym z podgrzewanego
kociołka. Stwierdziliśmy, że pora wracać na party, bo czas compotów
nadchodził.
Po ponownym wkroczeniu na salę stwierdziłem z ciarkami na plecach,
że dwaj koderzy z grupy Hemoroids nadal ślęczą nad komputerami, na
ekranach których widniał kod w assemblerze, a na ich twarzach
maluje się zacięcie pomieszane z desperacją.
Okazało się bowiem, że zabrakło masła do tej bułki i jest problem z
przełykaniem, na początkowym logo pojawiły się jakieś śmieci,
których wcześniej tam nie było, nie wiadomo skąd się biorą i jak je
usunąć, a jakiekolwiek zmiany w kodzie nie powodują żadnych
widocznych różnic. Po kilku cennych sugestiach typu „może
kompilujesz inne źródło niż edytujesz”, o mniej więcej 21:05
machnąłem ręką i powiedziałem – kompiluj z tym, trudno, trzeba już
to oddać. Nie byłem wówczas świadomy, że to nie jedyny problem,
mianowicie demo absolutnie nie ma zakończenia urywając się po
prostu w mało elegancki sposób - widziałem to wcześniej ale
myślałem, że 3-krotne przypomnienie o tym szczególe wystarczy. No,
nie wystarczyło.
Sala zaczęła pustoszeć, gdyż wszyscy udawali się na parter, przed
wejście do compo hall. Po paru minutach oczekiwania zostaliśmy
wpuszczeni i mogliśmy zająć luksusowe, plastikowe krzesełka, a na
sali z kompami został jedynie Bart z lutownicą w ręku. Będąc już na
sali przypomniałem sobie o pomyśle nagrywania wydarzenia więc
szybciutko wróciłem do sali, aby zgarnąć laptopa i kamerkę Adama,
po chwili namysłu biorąc również zasilacz. Niestety do gniazdka
mieliśmy daleko, więc pozostało mieć nadzieję iż bateria wystarczy.
Okazało się również, że ta znakomita kamerka jest poziomą listewką
bez śladu jakiejkolwiek podpórki czy solidnego mocowania, a rolę
statywu muszę pełnić ja, trzymając ją w wyciągniętej ręce. Moja
nadzieja, że compoty potrwają krótko zwiększyła się. Widać zresztą
po „stabilności” obrazu, pomimo okresowego przekładania kamery z
jednej ręki do drugiej, że nie jest to zadanie proste. Prezentacja
rozpoczęła się.
Czekamy, czekamy...
Konkursy otwierało music compo, które przeleciało dość szybko, gdyż
pomimo braku formalnych ograniczeń, autorzy okazali publiczności
litość, przygotowując maksymalnie kilkuminutowe utwory. Na
szczęście ich jakość również była dość dobra i każda z prac była
nagradzana oklaskami. Był to zresztą jedyny sposób, w jaki uznanie
mogła wyrazić publiczność, gdyż na tym party nie ma votek. Jest
natomiast szacowne jury i ono jak najbardziej głosuje. Jury music
compo składało się z Roba Hubbarda i Jochena Hippela, więc każdy
kto zna te nazwiska (czyli spośród muzyków każdy), wysyłając pracę
na konkurs, musiał odczuwać lekką tremę.
Jury music compo. - Kto wygrał panowie?? -
Nie Ty, kochanieńki, nie Ty...
Nastąpiła mała przerwa przed następną kategorią, jury udało się na
obrady, a ja wykonałem sprint po przedłużacz. Niestety wtyczka
przedłużacza nosiła ślady kustomizacji i nijak nie udawało jej się
wcisnąć w gniazdko rozdzielacza przy projektorze. Udało mi się za
to energicznie trącać ramieniem stojak z tymże, czego nie byłem
świadom, a co uświadomił mi duży człowiek znany jako Havoc,
delikatnie przemieszczając mnie na bok i uświadamiając mi ten fakt
– na szczęście przerwa jeszcze trwała. Machnąłem ręką już któryś
raz tego dnia i wróciłem na miejsce obok Adama, modląc się, aby
bateria wytrzymała. Wytrzymała.
Demo compo zakończyło się dokładnie w momencie gdy wskazywała 1%. W
międzyczasie otrzymaliśmy porządnej jakości przedłużacz od Havoca,
obawiającego się zapewne, że nasze dalsze desperackie próby
uzyskania dostępu do energii mogą przynieść jakieś straty i druga
część nagrania przebiegała bez zakłóceń.
Demo compo stało na wysokim poziomie, co możecie ocenić sami w
jednym z poprzednich artykułów. Zwycięskie demo na Atari ST
prezentowało jakość, której nie powstydził by się Falcon, a dema na
Falcona 030 nie powstydziłby się 060. W końcu po wielu produkcjach
zobaczyłem coś, co było godne tej maszyny – miejmy nadzieję, że
tendencja się utrzyma.
Łapy mi precz od nagród!
W drugiej części odbył się konkurs inter 128KB oraz grafiki. Poziom
nie spadł nawet o milimetr. Po konkursach pozostałe zespoły
sędziowskie zajęły się ocenianiem, a wszyscy udali się na przerwę w
oczekiwaniu na werdykt.
Głosowanie przez jury ma tę niewątpliwą zaletę, że wyniki poznajemy
zaraz po konkursach. Po krótkim wstępie Richarda, Havoc rozpoczął
odczytywanie wyników w nietypowej kolejności: najpierw zwycięzcy w
każdej kategorii, potem miejsca drugie, potem trzecie. Miało to
sens, gdyż ze stolika z atrakcyjnymi nagrodami, laureaci wybierali
sobie nagrody sami. Jedna z najatrakcyjniejszych, automat
perkusyjny samego Roba Hubbarda wraz z instrukcją została
oczywiście wybrana zaraz na wstępie przez zwycięzcę demo compo. Tu
nastąpił dla mnie dość miły i nieoczekiwany incydent, gdyż okazało
się, że znalazłem się w gronie laureatów music compo na miejscu
trzecim. Znakomite jury raczyło zaszczycić uwagą mój skromny utwór,
czego gratulowali mi pozostali uczestnicy.
Na koniec organizator wygłosił przemówienie zapowiadając następną
edycję party już wkrótce, bo za 17 lat – w roku 2032. Został też
uhonorowany przez wdzięcznych partyzantów butelką 25-letniej whisky
w eleganckiej, metalowej walizeczce.
- Masz Richard, dużo mówisz, pewnie Ci w
gardle zaschło.
Wyniki compotów oraz prace są dostępne na demozoo:
http://demozoo.org/parties/1517.
Nieludzko zmęczeni udaliśmy się na spoczynek, gdyż dnia następnego
czekał nas nieunikniony maraton o długości 1200 kilometrów. Po
porannej toalecie, śniadaniu, spakowaniu bagaży i wylogowaniu się z
hotelu, udaliśmy się na party place po raz ostatni. Poranek upłynął
na gratulacjach, pożegnaniach, a Bartowi – a jakże – na ostatnich
ruchach lutownicą, gdyż ilość pacjentów była niezmierzona. Miał też
miejsce niezwykle interesujący wykład jak robić dema na ST na
pełnym ekranie.
A demo bez ramek robimy tak...
(fot. Piotr "Piter" Krużycki)
Nastąpiło pakowanie wehikułu wprost niezmierzoną ilością złomu,
zawierającą m.in. kilka monitorów SM124 i jednym dodatkowym
pasażerem. Okazało się, że będziemy podróżować low-riderem o bardzo
niskim zawieszeniu, co miało swoje konsekwencje już przy próbie
wyjazdu ze szkolnego parkingu, na progu w bramie. Złowieszczy
zgrzyt wygenerował w naszych umysłach myśl: „Na miły Bóg, tylko nie
miska... Niech to będzie wydech...” i trzeba było opuścić pojazd.
Na szczęście okazało się, że ani jedno, ani drugie i udaliśmy się w
trasę.
Tetris level 45: No i gdzie ja mam niby to
sobie wsadzić?
(fot. Adam Kłobukowski)
Podróż ubiegła wesoło, urozmaicana intelektualnymi dyskusjami,
przetykanymi tu i ówdzie wyrafinowanymi dowcipami typu: odjeżdżamy
z postoju, podczas gdy jeden z podróżnych znajduje się jeszcze na
zewnątrz. Poruszony był też ciekawy temat, w jaki sposób każdy z
podróżników zetknął się właśnie z Atari i konkluzja była taka, że
decydujący głos mieli tu rodzice, w pewnym sensie mogła być to
forma kary, której jednak ukarani nie żałują. Ciekawe - wygląda na
jakąś odmianę syndromu sztokholmskiego...
Panie szofer, gazu, gazu...
Wjazd do kraju powitaliśmy ze wzruszeniem, a przeoczyć się go nie
dało, ze względu na gwałtowną zmianę nudnej jak flaki z olejem,
niemieckiej nawierzchni, na dość urozmaiconą terenowo – polską.
Przejeżdżając przez Wejherowo ok. 2:30, kierowani empatią i
tęsknotą za kolegami zadzwoniliśmy do Geparda, który przyjął nasz
gest wyjątkowo ciepło, obdarzając nas sympatycznymi epitetami.
Odwieźliśmy kolejno do domu Adama K, Barta, któremu pomogliśmy
rozpakować ciężkawy dobytek, a następnie mnie, po czym Piter udał
się do swojego.
Party ogólnie oceniam jako udane. Ludzi było sporo, prace na
poziomie, atmosfera sympatyczna, żywy sprzęt również obecny w
dużych ilościach, co jest zawsze cenne, chociaż to tylko Atari.
Może więc uczestnictwo w atarowskich party nie jest takim złym
pomysłem?..